sobota, 19 lipca 2014

Sezon 3, rozdział 3

Federico

Potarłem zaspane oczy i zesztywniałem. Leżałem na kuchennym stole ze wszystkich stron otoczony butelkami piwa i czegoś mocniejszego.
Sturlałem się  na ziemię i zobaczyłem, że nie tylko ja miałem... Nietypowe przeżycia dnia wczorajszego.
Na podłodze leżał i wyglądał przy tym na martwego Leon.
Na blacie z kolei siedział z do połowy pełną puszką piwa Maxi.
Z kolei Marco był w łazience i... Wypluwał flaki.
Tak, dokładnie tak wyglądają pierwsze dwa dni po imprezach, które ja organizuje. Wszyscy są trupami i...
- Ludmiła... - przeszło mi przez myśl.
Hmmm... Chyba teraz tylko ja będę trupem.
- Aaaaaaaaaaaaaa! - Zacząłem biegać po pomieszczeniu i wszystkich budzić.
- Co drzesz ryja? Głowa mnie boli... - Leon westchnął i przewrócił się na drugi bok.
Cóż. Uroczy jak zawsze.
- Wstawać, bo inaczej Lu nas zabije!- wołałem, ale nikt nie reagował.
Otworzyłem pierwszą z brzegu szafkę i wyjąłem z niej niewielkich rozmiarów garnek. Potem sięgnąłem po metalową łyżkę i zacząłem nią uderzać o gładką powierzchnię naczynia.
- Czyś Ty oszalał!? - pisnął Marco zakrywając swoje obolałe uszy dłońmi. - Obudzisz Jimmi'ego!
Rzuciłem garnek na ziemię.
- Ale tu nie ma Jimmi'ego.
- Aaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!
Zaczęliśmy się drzeć i biegać po domu w poszukiwaniach trzyletniego chłopca.



Camila

-Jesteś szalony...-powiedziałam śmiejąc się.
-Jeśli jestem szalony to tylko przez ciebie.-powiedział i uśmiechnął się. Zarumieniłam się.
-Trzeba być idiotą, żeby kogoś ''porwać'' tylko po to, żeby zjeść kolację w najsławniejszej restauracji!-powiedziałam cały czas rozbawiona sytuacją.
-Ej! Miało być romantycznie...
- To nie wyszło- odparłam ironicznie.
-Obrażam się...
-Ej no... przestań.-powiedziałam a on się nie odezwał.
-Co mam zrobić?-odparłam.
-Zaśpiewaj coś- postawił mi warunek. A ja popatrzyłam na niego swoim wzrokiem jakbym chciała powiedzieć "naprawdę? Tylko tyle?" Wstałam i zaczęłam śpiewać Veo Veo.



Francesca.

Już nigdy więcej nie oddam Jimiego pod opiekę Marco! Nieodpowiedzialny idiota! Upić się tak przy dziecku? Z resztą, reszta chłopaków nie lepsza. Wydaje mi się że teraz ufać mogę tylko Violettcie i Ludmile. No i ewentualnie Diego, chociaż zapewne także by się upił z tymi kretynami, gdyby tylko był w Buenos Aires. To że Ludmiła, która jest w ciąży i powinna odpoczywać, w środku nocy przyprowadza do mnie mojego syna, który jest pod opieką ojca (swoją drogą, pijanego ojca) i powinien już spać jest po prostu wielką przesadą. Gdy dzwonił do mnie Diego, postanowiłam nie odbierać. Mam dosyć płci przeciwnej jak na razie, nawet z nim gadać nie będę. Do domu po jakimś czasie wparował Marco. Zapewne dopiero się obudził. Nie dziwi mnie to.
- Jest u ciebie Jimi? - spytał.
- Jest. - odpowiedziałam, nadal na niego zła. On odetchnął z ulgą i zadzwonił do chłopaków, że akcja poszukiwawcza odwołana, po czym po prostu sobie poszedł. Około południa postanowiłam wyjść z Jimim na spacer. Nie będę przecież cały czas siedziała z nim w domu. To dziecko, musi się wyszaleć. Wole by nie robiło tego w domu, w końcu nadal mieszkam u Diego.

Violetta

- Szczotka do zębów, do włosów... Suszarka... - spojrzałam na walizkę. - Kochanie, spakowałaś zabawki?
Dziewczynka podbiegła do mnie i pokiwała potakująco główką.
- Jedziemy do taty?
Westchnęłam.
Właśnie Violetta, dokąd jedziesz? Co robisz, co planujesz, jak to się potoczy? Czy mimo rozwodu wrócisz do mężczyzny, który Cię porzucił? A może wrócić do Argentyny i udasz, że ktoś taki jak Leon Verdas nie istnieje? Zaraz... Czy nie po to wyjechałam do Hiszpanii?
- Jedziemy do cioci Fran, pamiętasz jej synka Jimmi'ego? - córeczka pokiwała głową. - Po za tym ciocia Ludmila będzie miała malutkie dzieci, chciałabyś się z nimi pobawić?
Nie patrząc na Melanię, która właśnie tańczyła taniec szczęścia, wzięłam do ręki telefon i wybrałam numer Diego. Kto jak kto, ale on powinien wiedzieć o moim powrocie. Po za tym, może i mi uda się go sprowadzić do Argentyny?
- Halo? - jego głos wydawał się być jakiś inny, niż zazwyczaj.
- Cześć Diego, tu Vilu.
- O... Hhhej.... - przywitał się ze mną . - Co tam?
Przewróciłam oczami.
- Masz może ochotę na wycieczkę?
- Jasne! Strasznie mi się nudzi... Dokąd?
Zaśmiałam się.
- Buenos Aires, mówi Ci to coś?
- Nie. - westchnął. - Pierwsze słyszę.
- Diego! - podniosłam ton. - Nie wmówisz mi, że nie tęsknisz za Alicją.
-A Ty nie wmówisz mi, że tam nie wracasz dla Leona.
Między nami zapadło głuche milczenie, które postanowiłam przerwać zmianą tematu.
- Lu jest w ciąży. I Fran z Marco się kłócą.... Wiele się u nich teraz dzieje. Dodatkowo Naty z Maxim się zaręczyli... Niedługo ich ślub...
Hiszpan westchnął.
- No właśnie jakoś sobie beze mnie radzą.
- A co z Alicją? Ona też sobie radzi? - prychnęłam. - Nie boisz się, że jakiś facet sprzątnie Ci ją sprzed nosa?
I tu go zabolało. Wiedziałam o tym, bo to był cios poniżej pasa. Ale to jest Diego. Prędzej czy później mi to wybaczy.
- Ona taka nie jest, to po pierwsze. A po drugie : NIE ZAMIERZAM NA RAZIE WRACAĆ DO ARGENTYNY.
Przewróciłam oczami.
- Pakuj się. Samolot mamy jutro o 8 rano.

Natalia

Wróciłam późno. Wywiad się udał a producenci byli zadowoleni. Jedyne o czym myślałam to położyć w łóżku i zasnąć, lecz nie było to takie proste. Gdy tylko weszłam do środka usłyszałam...ciszę. Nikogo nie było. Zawsze ktoś siedział na kanapie. Grał na pianinie, lub śpiewał. A teraz pustka, nawet Maxiego gdzieś posiało. Gdzie on może być. Dzwonię dzwonię i nic...Szkoda :( Chciałam z nim porozmawiać. Dawno tego nie robiłam. Ta kariera mnie zawaliła. Nie mam na nic czasu. Nawet nie wiem co się dzieje z moim narzeczonym. Moje życie obróciło się o 180 stopni. Zastanawiam się co się stało z Studiem? Dawno tam nie byłam. Ogólnie wszyscy nie byliśmy tam wieki. Chyba się przejdę. Ubieram buty i wychodzę na spacer. Omijam wiele przecznic, bo przecież mieszkam kawał drogi od Studia. Co jakiś czas odwracam się i patrzę czy ktoś mnie nie śledzi. Czuję, że ktoś za mną idzie. To pewnie tylko moja głupie myśli. Kto mógłby mnie śledzić? Hah... dziennikarze... na pewno nie....Czuję że ktoś rzuca mi się na plecy i mocno przytula. Nie wiem kim jest ta osoba, lecz uśmiecham się.
-Nata! Jak ja się stęskniłam!-krzyczy osoba. Rozpoznaję w jej głosie kobiecy dźwięk. Znam go skądś. Tak to...
-Lena! Lena! Ja też się stęskniłam! Gdzie rodzice?!-pytam a ona wciąż się uśmiecha.
-Zostali, ale ja przyjechałam... tak się cieszę... Gdzie idziesz?-pyta a ja pokazuję stary napis Studio On Beat.
-Ja też chcę! Idziemy - uśmiecha się. Bierze mnie za rękę i idziemy. Jesteśmy kilka kroków od szkoły. Słyszymy dźwięki muzyki. Wszystkie  wspomnienia wracają. Stajemy na środku placu. Wszyscy tańczą, śpiewają, grają. Wchodzimy do środka. Wciąż widzę te same sale. Siadam na krześle śpiewam:

Hay mil sueños de colores
No hay mejores, ni peores
Solo amor, amor, amor y mil canciones
Oh

Ya no hay razas, ni razones
No hay mejores, ni peores
Solo amor, amor, amor y mil opciones
De ser mejor…


-Mam pomysł!- krzyczę- Nakręcimy tu teledysk!

Diego.

Co ona myśli? Że zadzwoni, a ja spakuje walizki i wskoczę do pierwszego lepszego samolotu? Przecież oni mnie tam wcale nie potrzebują. Doskonale sobie radzą. A co do Alicji, mam pewność że nie zostawi mnie dla nikogo innego. Nie tak w końcu działa miłość, prawda? Może nie jestem przy niej... Ale codziennie z nią rozmawiam. Nie wytrzymałbym, gdybym wcale nie miał z nią kontaktów. Ja nie zamienię jej na inną, ona nie znajdzie sobie innego. Przecież doskonale ją znam. Nie byłaby w stanie tego zrobić... Jednak ta sprawa nie daje mi spokoju. Co jeśli Violetta ma racje? Co jeśli w końcu znudzi jej się to czekanie na mnie? Nie, nawet nie będę o tym myśleć. A tym bardziej nie ruszę nawet walizki. Wparowałem do kuchni, z zamiarem zrobienia sobie jakiegoś normalnego obiadu. W ciągu mojego pobytu tutaj jadłem chyba same fast foody.  Muszę chyba ogarnąć swoje gotowanie, jeśli mam tutaj zostać dłużej. Gdy byłem w trakcie gotowania (czyt. demolowania kuchni) usłyszałem dźwięk SMS'a. Zastanawiałem się czy to przypadkiem nie Violetta, po raz kolejne starająca się w jakiś sposób przekonać mnie do tego bym wrócił z nią do Argentyny. Pomimo tego ruszyłem się z miejsca w kierunku salonu, gdzie leżał mój telefon.


Ludmila.

Facet zawsze facetem będzie. To jakiś podgatunek jest! Chyba tylko na Diego można liczyć! Tylko on jeden jest taki jak kobiety... Rozsądny, odpowiedzialny... Brakuje mu tylko inteligencji, bo mądrym nie można nazwać jego ucieczkę na inny kontynent.
Zdenerwowana stałam przed domem i przystawałam z nogi na nogę. Bałam się wejść do środka. Bo i nie wiedziałam co zastanę w środku.
Zostałam na noc u Francesci, ponieważ ta nie chciała mi pozwolić samej wracać do mieszkania pełnego pijaków. Nie wiadomo co by któremu odbiło.
Miło z jej strony, że mnie przygarnęła.
Co prawda to prawda.
Jednak mimo wszystko czułam, że muszę z kimś porozmawiać. Muszę mieć komu się wyżalić. A był tylko jeden człowiek, do którego mogłabym się zwrócić. Tyle, że jest tysiące kilometrów stąd.
Wyciągnęłam telefon i ledwo patrząc na ekran nabazgrałam sms'a.

Do: Diego.
Diego, potrzebuję Cię. Bardzo.

Pokręciłam głową i podeszłam kila kroków w stronę drzwi. Słyszałam za nimi dziwne odgłosy, jakby toczyła się tam jakaś walka.
Przełknęłam ślinę i zacisnęłam pięści.
Byłam gotowa na najgorsze.

Diego.

Spojrzałem na ekran telefonu. Nie było to czego się spodziewałem. Na ekranie widniało imię mojej przyjaciółki. "Ludmila". Postanowiłem przeczytać tego SMS'a. Jakoś wcale mi nie pomógł... Usiadłem na kanapie, zastanawiając się czy najlepszym pomysłem nie byłoby jednak się spakować i polecieć jutro tym samolotem z Violettą. Nie, o czym ja myślę! Wyjechałem tutaj żeby mieć spokój. Ale ona mnie potrzebuje... Właśnie, Ludmila mnie potrzebuje. Nie mogę zostawić jej samej, Ale... Nie jest sama. Ma Federico, jest tam Francesca. Fran na pewno pomoże jej z dziećmi. Ale... Po prostu nie potrafię jej zostawić. Pomimo wszystko, jest moja przyjaciółką. Zależy mi na niej. Jeśli wysłała do mnie tego SMS'a, jestem  pewien że mnie potrzebuje. I to jak najszybciej.
Z moich rozmyśleń "wybudził" mnie zapach, a raczej smród spalenizny dochodzący z kuchni. No tak, mogłem wyłączyć ten gaz zanim przyszedłem przeczytać SMS'a. Nie nadaje się chyba jednak na mieszkanie samemu. Pobiegłem od razu do kuchni. Chyba z obiadu nici. Trzeba zamówić pizze. Znowu. Zaraz po tym jak wywaliłem spalone jedzenie, zadzwoniłem po pizze i wywietrzyłem kuchnie, wyciągnąłem telefon i napisałem do Violetty.

Do: Violetta
Wygrałaś. Wracam z Tobą do Argentyny.  



***
Skończyłyśmy? No... Powiedźmy :D 
Aaaa.... Nie myślcie sobie, że Diego na długo wróci. (i już wiadomo, kto dodaje xd) 
Przypominamy o konkursie ! 

P&K&N
(podpis by Nikoletta, ale ja go zmieniać nie zamierzam xD) 

środa, 9 lipca 2014

Sezon 3, rozdział 2 EDIT

Natalia

-Gotowa?-spytał mężczyzna stojący obok mnie.
-Tak...- odpowiedziałam i uśmiechnęłam się. Stanęłam na scenie i zaczęłam śpiewać piosenkę Violetty "En mi mundo".Po zakończonej piosence zeszłam z krzesła i usiadłam na fotelu obok prowadzącego programu " The U-mix show". Publiczność biła mi brawa a ja uśmiechałam się od ucha do ucha i machałam rękami na przywitanie. Prowadzący zaczął wywiad:
- Witam was w the u-mix show! Dzisiejszą gwiazdą, która u nas zagościła jest nie kto inny jak... Natalia Sonrisa!
- Cześć! Jestem zachwycona tym że mogę być tutaj, nie mogę w to uwierzyć...to stało się tak dynamicznie... niespodziewanie- zaczęłam odpowiadać na jego pytanie.
- To uwierz...- prowadzący zaczął się śmiać, a razem z nim publiczność i ja. Po czym dodał:
- Zacznijmy od pierwszego pytania. Czyli... " Kim jest prawdziwa Natalia?"opowiedz o sobie wszystko- stres mnie zżerał. Nie miałam pojęcia od czego zacząć ale także nie chciałam zdradzać wszystkim szczegółów mojego życia. To było moje życie.
- To zacznę od tego że urodziłam się w Madrycie... Mam na imię Natalia. Mam 24 lata i jestem także normalną dorosłą osobą.Mój ojciec jest znanym Archeologiem i razem z mamą i moją siostrą wyjechali do afryki szukać przygód a ja zostałam tutaj. Mam sławną ciotkę. Nazywa się Justyna Sonrisa i jest sławną projektantką i modelką. To od niej mam wszystkie ubrania.Jak już mówimy o ubraniach to moją ulubioną marką jest ... nie zanudzam was czasem???-spytałam przerywając sobie samej. Nigdy nikomu nie zdradziłam tyle rzeczy o mnie.
- Nie... mów dalej. Mamy 45 minut. Chciałbym się dowiedzieć coś o twoich przyjaciołach, życiu, marzeniach i najciekawszych chwilach twojego życia.
-Przyjaźń to dla mnie coś więcej niż jedna osoba. Kocham moich przyjaciół, a najbardziej Ludmiłę i Camilę. Co by tutaj o życiu powiedzieć...hmm... nie jest ono takie proste jak w filmach i bajkach. Kiedyś wierzyłam w bajki, ale teraz wiem że one to tylko fikcja. Moje marzenia się spełniły. Jestem kimś i śpiewam. Właśnie to było moją " bajką".-myślałam że to już koniec pytań lecz jednak się pomyliłam.

Francesca.

Pusto i nudno. I żeby tylko mi się tak nudziło... Razem z Alicją spacerujemy po mieście już ze dwie godziny. Żadna z nas jakoś jak na razie nie chce wracać do domu. Alicja cały czas nawija mi jak to ona tęskni za Diego. Halo, przypominam że wyjechała też Violetta. Ja też nie bardzo mam z kim teraz porozmawiać... Natalia ma na głowie teraz te koncerty, Camila za to jakoś nigdy nie odbiera telefonu. Została Alicja, jednak ona cały czas tylko mi nawija o Diego. Właśnie, Diego. Powinnam do niego zadzwonić, może pogadałby z Marco. Próbowałam zrobić to sama, jednak... Cóż, tak trochę nie wyszło. Do tej pory nie chciałam mu przeszkadzać, jednak chyba teraz znajdzie dla mnie troszeczkę czasu i chociaż zadzwoni do Marco. Teraz sama zastanawiam się, dlaczego wszyscy ostatnio polegamy na Diego. W końcu kiedyś nie był naszym przyjacielem. No i w sumie nikt z nas go za bardzo nie lubił. Może z wyjątkiem Ludmiły. Ludmiła jest najdłużej jego przyjaciółką, i w sumie jej się że nie była zachwycona gdy dowiedziała się o wyjeździe Diego, gdy ten był już na lotnisku.
- Dobra Fran, ja już idę do domu. - powiedziała Alicja, chyba orientując się że wcale jej nie słuchałam. Dziewczyna oddaliła się od razu, zanim zdążyłam coś powiedziec. Jamiego zostawiłam u Marco. Niech teraz on trochę pomęczy się z dzieckiem, skoro i tak siedzi w domu. Kiedy Alicja się oddaliła, postanowiłam zadzwonić do Diego. Kiedy odebrał, od razu się odezwałam.
- Cześć, jak tam we Włoszech? - spytałam na początku. Chciałam jednak wtrącić potem by porozmawiał z Marco.  Przecież nie będzie ta rozmowa wyglądała tak : "Cześć, możesz pogadać z Marco? Dzięki, pa"
- Jak na razie dobrze. Dzwonisz żeby mnie o to spytać? - zapytał.
- Nie... No, zapytać też chciałam. Ale mam do ciebie prośbę.
- Jaką prośbę? Błagam, tylko za bardzo nie wymyślaj. Mam tutaj raczej ograniczone możliwości w pomaganiu wam.
- Chce tylko byś porozmawiał z Marco... Ze mną nie chce gadać.
- Dobra, zadzwonię do niego potem.
- Dziękuje. - ulżyło mi gdy się zgodził. Nie lubię zawracać mu głowy, jednak tylko on ostatnio ma dobry kontakt z Marco.


Ludmiła.

Obudziły mnie dziwne odgłosy dochodzące z  dołu. Coś jakby... Tłuczonego szkła?
Podźwignęłam się z łóżka i momentalnie moja dłoń powędrowała na krągły brzuch. To szósty miesiąc, a moje małe pociechy rosną i poruszają się jak szalone. Może Fede ma racje, że to chłopcy?
Nie... To na pewno dwie dziewczynki, które będą miały piękne, długie blond włosy. Jak ich mama.
A co będą miały po ojcu? Mam nadzieję, że nic. Z Tomasa był, jest i będzie palant. Nawet nie obchodzi go to, co się ze mną dzieje! Fakt,  nie wie o ciąży, ale... Do cholery, byliśmy razem kilka lat! Od tak o mnie zapomniał?
Z resztą nie ważne. Mam teraz swoją Włoską sierotę, jestem z nim szczęśliwa. A przynajmniej tak mi się wydaje... Chociaż z moimi ciążowymi humorkami nigdy nic nie wiadomo.
Podeszłam do drzwi i je uchyliłam. Od razu doszedł do mnie zapach alkoholu.
Czyżby ta sierota zbiła butelkę whiskey ? Zaraz... Po co mu whiskey?!
- Federico! - krzyknęłam najgłośniej jak potrafiłam, na co momentalnie nastała cisza.
Zaczęłam schodzić po schodach na dół, by zbadać sprawę, czy raczej to, co narobił mój chłopak.
Kosztowało mnie to wiele wysiłku, w końcu ważąc 55 kg przy wzroście 170cm i dźwigając w brzuchu dwa małe berbecie miałam prawo się zmęczyć.
Weszłam do kuchni, bo właśnie tam śmierdziało najbardziej. Światło było zgaszone, a wszystko wydawała się być na swoim  miejscu. Do czasu.
Przyłożyłam dłoń do kontaktu i pstryknęłam, a by oświetlić panujący mrok.
- Cholera, zabije go... - mruknęłam patrząc na bałagan, który panował w pomieszczeniu.
Wszędzie walały się puszki po piwie. Westchnęłam. Ile ten pijak może wypić w ciągu godziny?
Nagle mój wzrok przykuło coś jeszcze. Coś, co wystawało spod stołu i wyglądało na... Ludzką rękę?
- Dobra, możesz wyjść spod tego stołu.... - rzekłam zrezygnowana.
Ku mojemu zdziwieniu wylazł stamtąd nie Federico a... Leon?
- Co Ty tu robisz? - spytałam bez ogródek i założyłam ramiona na brzuch .
- Też się cieszę, że Cię widzę. Pięknie wyglądasz.... - był już z lekka pijany i chwiał się na nogach.
- Gdzie Federico? - spytałam i pomogłam mu usiąść.
Wzruszył ramionami.
- Leon, wydałeś naszą kryjówkę! - krzyknął za nim Maxi wychodząc z... szafki pod zlewem?
Chwila... Naszą?
- Kto tam jeszcze jest? - spytałam zaskoczona.
Nagle z mojej szafki na konserwy wyszedł mały synek Francesci i Marco. Złapałam się za głowę i przysiadłam na krześle, które krzyknęło.
Poderwałam się jak oparzona.
- Co do cholery?!
Spod stołu wturlał się Marco, któremu niechcący stanęłam na dłoni.
- Gdzie ten Federico?- spojrzał na mnie zaciekawiony Maxi.
Przewróciłam oczami.
- To ja się was o to pytałam... - wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
Uwielbiam moich przyjaciół. Są niesamowici, ale nie o 22  w nocy, w moim domu, kiedy to ja jestem w ciąży i kiedy to zaginął mój chłopak miałam ochotę ich po prostu zabić.
- W ogóle Lu, ja zawsze wiedziałem, że masz wyjątkowy głos. - uśmiechnął się pijacko Leon.- Tylko Ty potrafisz tak wrzasnąć, by cały dom się zatrząsł, a osoby w nim będące by zaczęły się chować po szafkach.
Jak na złość cała banda wybuchnęła śmiechem, a mały Jami zaczął płakać.
Złapałam go za rączkę i wyprowadziłam z pomieszczenia.
- DOSTAWA! - krzyknął Federico i radośnie wskoczył do domu jak gdyby nigdy nic. W dłoniach trzymał pięć czteropaków jakiegoś piwa. W chwili, gdy zobaczył moją minę momentalnie upuścił wszystkie puszki. - O matko... - westchnął.
Wściekła wyminęłam go w drzwiach bez najmniejszego słowa, prowadząc chłopca za sobą.
Włoch mnie szybkim krokiem ruszył za mną, a następnie mnie wyprzedził.
- Ja Ci wszystko...
- Zamknij się. - przerwałam mu. - Nic mnie nie obchodzą Twoje wyjaśnienia. Ta banda pijaków z Tobą na czele ma zniknąć do godziny 23. A teraz przepraszam, ale idę zaprowadzić płaczące dziecko, do jego mamy, bo jego nieodpowiedzialny ojciec i chory na umyśle wujek woleli się nachlać w trzy dupy w nie swoim domu, niż się nim zaopiekować. Do widzenia.

Camila
Gdzie on się podziewa. mięliśmy się spotkać w parku o 20:00. A jego wciąż nie ma. Dam sobie spokój. Spadam stąd. Nie mam na co czekać... i tak nie przyjdzie. Znowu myślałam że to chłopak mojego życia, jednak się pomyliłam. Siedziałam na rozłożonym kocu. Oglądałam niebo. Było takie piękne. Pamiętam jak leżałam tak, gdy byłam mała. Zawsze z mamą odgadywałyśmy kształty chmur. Moje życie było wtedy takie proste...Teraz to jest jakiś Mix uczuć...Nagle stało się ciemno i słyszałam tylko szepty różnych osób. Nie znałam ich. Zakręciło  mi się w głowie i więcej nie pamiętam...


Violetta


Pokręciłam głową.
Uciekłam tu po to, by pozbyć się wszelkich myśli związanych z jego osobą.
Zatrzasnęłam za sobą drzwi,  w których mogłabym go spotkać.
A teraz...
I tak muszę wrócić.
Już nie chodzi o mnie, o Mel.. A o moich przyjaciół.
Fran... Potrzebuje mnie teraz. Ona i Marco... Mają jakieś problemy.
Ludmila jest w ciąży... Z chłopakiem, z którym się rozstała.
Naty robi karierę...
Camila wreszcie się zakochała...
A ja jestem z dala od nich.


Diego.


Dopiero następnego dnia zadzwoniłem do Marco. Obiecałem w końcu Francesce że z nim pogadam. Odebrał dość szybko.
- Sorry Diego, nie mogę gadać. Dziecko mi gdzieś wcięło. - powiedział, nawet się ze mną nie witając. Że przepraszam co?!
- A sprawdzałeś u Fran? - zapytałem. Niby nie miałem go za takiego kretyna jak Andresa, jednak wszystkiego można było się spodziewać.
- Jesteś genialny, nie wpadłem na to! Porozmawiamy potem. - powiedział po czym się rozłączył, zanim zdążyłem się odezwać. Jeszcze chwila i zacznę myśleć że mnie tam potrzebują. Marco i Fran się kłócą, Marco gubi dziecko... No normalnie nie wierzę. Postanowiłem zadzwonić do Fran i upewnić się że Jami u niej jest. Nie odbierała jednak telefonu. No cóż, to że ich dziecko zniknęło to nie mój problem, co nie? Zajmowałem się Melanie, nie Jamim. W sumie, żadne z tych dzieci nie jest moje, a już nie raz zdarzyło się że musiałem z jednym z nich zostawać. Jakbym swojego życia nie miał. Teraz, gdy już byłem z dala od nich gubią dzieci. No ciekawe... Postanowiłem nie przejmować się tą sprawą i przejść się na spacer. Dajcie wy mi wszyscy święty spokój.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Hej wszystkim!

Przepraszamy za wszelkie opóźnienia związane z  rozdziałem.

W ramach tego chciałybyśmy zorganizować konkurs. Ale nie taki zwyczajny... Związany on będzie z grafiką komputerową.
A więc tak no...
Z dniem dzisiejszym ogłaszamy konkurs na nagłówek na tego bloga!

Na takim nagłówku powinno się znaleźć: 
-Postaci (4 główne parringi: Leonetta, Naxi, Dielicja i Fedemiła).
- Napis : najlepiej nazwa bloga, tj "Żyj tak, jakby miało nie być jutra"

Prace przyjmujemy do dnia 20 lipca, godz. 10;00 . 
 Zatem macie trochę czasu, więc liczmy na sporą liczbę prac.

Jeśli chodzi o nagrody, to wyróżniamy tylko jedno miejsce.
Zwycięzca otrzymuję nagrodę w postaci opublikowania jego nagłówka na naszym blogu.

Jednak jeśli żadna z prac nie sprosta naszym wymaganiom, konkurs zostanie zawieszony! 

Jeśli chodzi o maila, na którego macie wysyłać pracę to...
Dokładniejsze informacje na ten temat dodamy w INFORMACJACH. ( lewy bok, u góry).

EDIT: Jeśli chodzi o kolory nagłówka, to chciałybyśmy, aby były mniej więcej takie, jak teraz... Może mniej "dające po oczach" , bardziej stonowane. Jakiś róż wpadający w fiolet, coś takiego. ;)

Dziękujemy i prosimy o komentarze, oraz czynny udział w konkursie!

P&K&N

sobota, 21 czerwca 2014

Sezon 3 , rozdział 1

Ludmiła

Od kąt zostałam wypuszczona minęło kilka dni. Ale nie tylko data się zmieniła... Moje podejście do Federico i jego do mnie również. Tylko czy na lepsze?
Jakoś... Nie odczuwam już takiej potrzeby bliskości z nim co wcześniej. Kocham go - nie wątpliwie, ale czuje, że moja miłość mu więcej zabiera niż daje.
A nie chcę być kimś, kto go unieszczęśliwi... Bycie ze mną, będzie równoznaczne z byciem z moimi dziećmi, a nie wiem, czy on jest na to gotowy.
Chciałabym móc z kimś o tym porozmawiać... Zwierzyć się... Ale osoba, której chciałabym się zapytać o zdanie była tysiące kilometrów od Buenos Aires.
- Kochanie, nie powinnaś wstawać... - zauważył Federico, gdy podeszłam to okna.
- Ciąża to nie choroba. - odpowiedziałam i poczułam na swoim brzuchu jego silne, męskie dłonie.
Uwielbiał zachodzić mnie od tyłu i dotykać tego nabrzmiałego, wręcz grubego kawałka mojego ciała. Mój brzuch był monstrualnych rozmiarów nawet jak na ciążę mnogą.
- Ale nie możesz się przemęczać, bo nasi chłopcy to odczuwają.
- Chłopcy? - spytałam zirytowana. - A co jeśli to dziewczynki?
Zaśmiał się cicho.
- Proszę Cię. Widzisz jak kopią? To po prostu muszą być mali piłkarze.
Przewróciłam oczami i pozwoliłam mu się odprowadzić do łóżka.
- A co jak to są małe tancerki?
Westchnął i usiadł obok mnie.
- W takim razie będą małymi piłkarkami.
Zamknęłam oczy i więcej nie słuchałam jego gadania na temat tego, w jakim sporcie powinni się udzielać moi synowie, bądź córki. Jakoś... Było mi to teraz obojętne, z resztą jak wszystko ostatnio.
- Co o tym myślisz?- spytał a ja podniosłam się do pozycji siedzącej.
- Ale o czym? - spytałam obojętnie.
W oczach mojego chłopaka namalował się smutek, a potem złość.
- O niczym. Nie ważne. Zapomnij. - wstał i podszedł do drzwi.- Cześć. 
Podniosłam pytająco brew i spojrzałam na drzwi, za którymi zniknął. Czy on ma rozdwojenie jaźni? A może nie widzi, jak teraz wszystko mnie wkurza, irytuje i denerwuje? Z resztą tak jak on sam ostatnimi czasy...
Za wszelką cenę stara się mnie kontrolować.
Ludmiła, nie wstawaj! Ludmiła, nie powinnaś jeść niezdrowych rzeczy! Ludmiła, poczekaj, zrobię to za Ciebie! Nie możesz się do mnie przytulać zbyt długo, bo to gniecie brzuch! Ludmiła, wiesz jak to szkodzi naszym dzieciom?!
- A właśnie, że nie wiem! -krzyknęłam i wtuliłam twarz w białą, miękką poduchę.
Nim cokolwiek pomyślałam, zapadłam w sen.


William

Wczorajszy wieczór z Camilą był po prostu cudowny. Spodobała mi się od pierwszego wejrzenia i nie mogłem uwierzyć w to że mnie pocałowała. Ale życie jest bardzo zaskakujące. Moje tym bardziej. Nie miałem matki a ojciec zajmował się tylko firmą. Ale o dziwo wyrosłem na super chłopaka...przynajmniej tak myślę. Znów umówiłem się z Cami. Mamy się spotkać o 20:00 u mnie w domu... muszę wszystko przygotować...i...zamówić jakąś kolację. Chyba trzeba co nie? Nie umiem gotować. Zawsze zamawiam sobie pizze, lub coś innego w pracy. No ale nic nie zrobię. Nagle usłyszałem dźwięk telefonu. Nie miałem pojęcia gdzie go zostawiłem... no tak jak zawsze pod łóżkiem. Sięgnąłem po niego ręką i kliknąłem odbierz nie czytając kto dzwoni.
-Słucham? W czym mogę pomóc?-spytałem.
-Dzień Dobry... jestem z programu Vivo Estrella i chciałbym zaprosić do naszego studia panią Natalię Sonrisa na wywiad. Czy byłoby to możliwe?
-Już...wywiad?
-Tak...ta dziewczyna ma ogromny talent i źle byłoby go nie wykorzystać do rozpromowania naszego programu. Zgadza się pan?
-No nie wiem...-żaden z moich klientów nie doszedł jeszcze do etapu wywiadów na żywo... Nie wiedziałem co mam zrobić ale musiałem coś powiedzieć- Tak...Natalia pojawi się w Studiu...ale kiedy i o jakiej godzinie?
-Hmmm.... jutro o 20:00 zaczyna się program na żywo. Czy mogła by przyjść jutro o 15?
-Raczej tak...
-Dziękuję. Do widzenia.-powiedział i rozłączył się. Nie mogłem uwierzyć. Natalia na prawdę staje się wielką gwiazdą!Muszę do niej zadzwonić.

Violetta 

Jeśli myślałam, że ucieczka z Buenos Aires całkowicie rozwiąże wszystkie moje problemy, to... Byłam w ogromnym błędzie.
Już nie chodzi o sam rozwód. O powrót do panieńskiego nazwiska. Chodzi o to, że... brakuje mi go. Z każdą chwilą co raz bardziej.
Czy dlatego uciekłam? Bo wiedziałam, że wystarczyłby jeszcze jeden, najmniejszy gest z mojej strony, bym mu wybaczyła?
- Mamusiu, boli mnie brzuszek...
Spojrzałam na Melanię,  która leżała skulona w małą kulkę i trzymała w rączkach mój telefon.
- Może jesteś głodna? - spytałam troskliwie, ale dziewczynka pokręciła głową. - A może czymś się zdenerwowałaś?
W oczach mojej córki pojawiły się małe łezki, które błyskawicznie starła dłonią, nim spadły na rumiane policzki.
- Tata nie dzwoni.- odpowiedziała.
Westchnęłam i usiadłam obok niej.
- U taty teraz jest noc, wiesz rybko? Tatuś teraz śpi. - uspokoiłam ją.
- Ale mamo, powiedział, że będzie dzwonił codziennie, a już od trzech dni nie rozmawiałam z nim.
Zacisnęłam pięści.
Nie chciałam myśleć o Leonie, tęsknić za nim, a już tym bardziej rozmawiać o nim z  dzieckiem. Ale musiałam. Bo przecież życie za mało dało mi w kość przez te wszystkie lata.
- Pewnie pracuje, obiecuje Ci, że później porozmawiacie. - skłamałam.
Wstałam i podeszłam do okna, na którym zostawiłam swój pamiętnik, który prowadziłam jeszcze za czasów studia. Niemal na każdej stronie zapisane było jego imię.
Opisana nasza pierwsza randka, pierwszy pocałunek...To, jak Leon ukrywał mnie przed ojcem, który chciał nas rozdzielić, to jak zareagował na wieść o ciąży... Nasze wakacje w domku rodziców Ludmiły... Było tam niemal wszystko. Nawet to, jak nas zostawił, by robić karierę. Brakowało tylko jednego wpisu. Rozwodu.
Ale nie potrafiłam wziąć to ręki długopisu i bez zbędnych uczuć napisać chociaż słowa.
- On musi być teraz bardzo smutny...
Kątem oka spojrzałam na Melanię, która bacznie mnie obserwowała.
- Dlaczego tak myślisz? - spytałam.
- Bo my jesteśmy tutaj, a on tam. Sam.
Do oczu napłynęły mi łzy, które starałam się za wszelką cenę powstrzymać.
Violetto, on Cię zdradził... Zostawił Cię samą z dzieckiem. 
- Każdy z nas ma taki los, na który zasłużył Córciu...
Dziewczynka podeszła do mnie i swoją małą rączką pociągnęła materiał mojej jedwabnej koszuli.
- Ale tata jest dobry.... Kocha nas.
Miałam ogromną ochotę, by wykrzyczeć jej prawdę. Powiedzieć, że jej kochany tatuś zostawił nas same, że wolał karierę od nas. Ale... Nie mogłam tego zrobić. Patrząc w jej małe, smutne oczka nie chciałam jej dobić.
- Wiem... - skłamałam. - Po prostu tak czasami bywa.
- Mamo... Skoro tata nas kocha, a my kochamy jego, to... Czemu nie ma go z nami?- spytała.
Po policzku spłynęła mi samotna łza, którą szybkim ruchem starłam by Mel jej nie zobaczyła. Nic nie odpowiedziałam. Po prostu ją przytuliłam starając się za wszelką cenę zaprzeczyć wszystkim faktom, które mówiły prawdę. A była ona taka, nie inna. Chciałam czy nie, w dalszym ciągu kochałam Leona Verdasa.



Francesca

Odkąd wyjechali jest tak jakoś nudno, smutno. Cicho, nie słychać już wszędzie tego śmiechu Melanie. To było denerwujące i przygnębiające. Kilka razy starałam dodzwonić się do Marco. Jednak on nigdy nie odbierał telefonu.  Teraz wydaje mi się że tylko Diego by się z nim dogadał. No właśnie, tylko Diego. A Diego nie ma. Dlaczego wyjechał w najmniej odpowiednim czasie? On właśnie ma najlepszy kontakt z Marco, a teraz.. Nie będę do niego dzwonić, żeby zadzwonił do Marco. I tak zapewne nie miał by czasu by martwic się moimi problemami. Jest w nowym mieście, w innym kraju. Niech najpierw ogarnie to co się dzieje wokół niego, potem ewentualnie mogę zacząć się do niego dobijać. Z pokoju usłyszałam płacz Jamiego*, ruszyłam się więc z kanapy w celu pójścia do swojego syna - ostatniej osoby jaka mi pozostała.

Federico 

Usiadłem pod drzwiami jej pokoju i nadsłuchiwałem. Zabolało mnie to, jak bardzo potrafiła zlekceważyć moje słowa. Jak bardzo potrafiły jej być obojętne. 
Starałem się być obok, pomagać jej, zajmować się nią. A teraz, gdy zaproponowałem jej wspólne mieszkanie, zwyczajnie mnie olała.
Poczułem, jak wibruje mój telefon. Wyjąłem go z kieszeni i spojrzałem na wyświetlacz, lecz nie rozpoznałem numeru.
Westchnąłem i wcisnąłem zieloną słuchawkę.
- Halo?
- Cześć Fede tu... Leon...
Zmarszczyłem brwi.
- Em, cześć. - przywitałem się. - Co tam ?
- Chciałem się spytać, czy mógłbym wpaść do Ciebie na chwilę. No wiesz, pogadać, jak kiedyś....
`- Wiesz... Ja teraz pomieszkuję u Ludmiły, ale... jasne, wpadaj.- uśmiechnąłem się. - Możesz wziąć ze sobą Maxi'ego, Adres'a , kogo tylko chcesz... - zaproponowałem.
Blondyn przez chwilę się nie odzywał.
- Dobra... To ściągnę ich i będziemy za godzinę.
Rozłączyłem się i ukradkiem zajrzałem do sypialni ukochanej. Niemal od razu zauważyłam burzę jej gęstych, blond loków na poduszce. Cicho skradłem się do pokoju tak, by jej nie obudzić i delikatnie musnąłem ustami jej czoło.
Nie wiedziałem, czy się nie zdenerwuje na przyjście chłopaków, ale... Byłem zdenerwowany. Po za tym też muszę trochę odreagować to, co się dzieje.
- Zrozumie... - szepnąłem. - Nie będzie zła.
Następnie cicho wyszedłem z pomieszczenia i zamknąłem za sobą drzwi. Nie minęło kilka minut, a chłopaki stali u progu drzwi z trzema zgrzewkami piwa. No tak, przecież dla nich pojecie godzina nie istnieje, podobnie jak męskie spotkanie bez alkoholu.



Diego

Zaraz po tym jak wylądowałem, zadzwoniłem do Alicji powiedzieć że jestem już na miejscu. Po jakiś 5 minutach wypełnionych rozmową o tym jak bardzo za sobą tęsknimy, rozłączyłem się a potem udałem się przed lotnisko i od razu złapałem jakąś taksówkę. Mieszkanie już miałem kupione. Na szczęście szybko znalazłem jakieś i nie musiałem przesiadywać w hotelu. Gdy w końcu byłem na miejscu, zastanawiałem się czy się rozpakować, czy raczej najpierw zadzwonić do Ludmiły. Szczerze mówiąc głupio mi że tak ją tam zostawiłem, ale co miałem zrobić? Nie zamierzam tam wracać. Potrzebuje spokoju, chociaż na jakiś czas. W końcu zdecydowałem się na sam początek zadzwonić do Ludmiły. Później zapewne byłoby już lekko za późno. Zapewne i tak śpi, ale chociaż oddzwoni do mnie kiedy będzie już miała czas. Zadzwoniłem, ale tak jak myślałem - nie odebrała. Zabrałem się więc za rozpakowywanie. Mieszkanie było już całkowicie wyposażone, nie cierpię latać po sklepach i kupować tego wszystkiego. Zwykle więc jak się przeprowadzam gdzie indziej, po prostu wynajmuje umeblowane mieszkanie. Violetta...? No tak, zapewne powinienem postarać się dodzwonić też do niej. Ale nie mam pojęcia gdzie dokładnie pojechała, a nie chce jej budzić przypadkiem w środku nocy.



~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Słuchajcie kochani czytelnicy!

jak pewnie zauważyliście, trochę się u nas pozmieniało!
Odeszła Nicole, więc teraz ja się zajmę Leonettą - Nikoletta.
Ale to nie koniec nowości.
Razem z Katie i Pati wróciłyśmy do starego sposoby dodawania postów, mam nadzieję, że wam się podoba ;)
Zajrzyjcie do nowych zakładek ;)

P&K&N






niedziela, 15 czerwca 2014

Rozdział 42 | Autorka Katie V.

Natalia
Dzisiaj obudziłam się dosyć wcześnie, bo byłam zestresowana występem. Nie mogłam zdać sobie z tego sprawy, że to już dziś…że pierwszy raz wystąpię dla tak dużej publiczności. A co jeśli nie dam rady?! Jeśli stchórzę i ucieknę?!  Boje się… Ale to nic...ważne jest to że jest przy mnie Maxi i William. Nie wiem dlaczego ale coś ma w sobie ten chłopak. Nie mogę przestać o nim myśleć...STOP...co ja robię! Przecież jestem zaręczona i to z moim najukochańszym mężczyzną na świecie. Dobra może już wstanę z tego łóżka. Maxi jak zwykle śpi do 10, a ja akurat zrobię śniadanie.Szybko wstałam i udałam się do swojej szafy. Wyjęłam z niej krótkie spodenki i czarny t-shirt z napisem: LOVE FOREVER. Weszłam do łazienki i nałożyłam na twarz makijaż, wcześniej myjąc się pod prysznicem. Gdy już skończyłam poranne czynności udałam się na dół do kuchni. Gdy zaczynałam robić śniadanie usłyszałam dzwonek do drzwi."Kto by o 7 rano dzwonił do drzwi?"-pomyślałam i otworzyłam. Ku mojemu "zdziwieniu" za nimi stał William. 
-Musimy porozmawiać!- oznajmił i rzucił na blat swoją teczkę. Nie rozumiem jak można być tak niewychowanym.
-Może jakieś Dzień Dobry, mógłbym przeszkodzić? I czy w ogóle pozwoliłam ci wejść?!
-Jestem twoim menadżerem! Nie zapominaj o tym!-powiedział, jakby grożąc mi- Słuchaj. Dzisiaj jak wiesz ma się odbyć koncert. Będzie on zaplanowany na godzinę...chwila...tak, dobrze myślałem... na godzinę 19:00. A więc oto twój plan dnia, który musisz wypełnić i zaczyna się już od 8:00.
A więc o ósmej wychodzimy kupić sukienkę, buty i to wszystko co dziewczynom do występu potrzebne. Potem o 10 musimy udać się na próbę piosenki, którą napisałaś, a o 12 na próbę choreografii. Następnie o 15 mamy wizytę u fryzjera a o 17 wizytę u manikiurzystki. Wiesz wszystko?- Kiwnęłam głową. Nie rozumiałam jak można tyle rzeczy zrobić w jednym dniu. Nie będę miała teraz czasu dla Maxiego...O wilku mowa. Chłopak wszedł akurat do kuchni. Usiadł na jednym z krzeseł i przetarł oczy. Wstał podszedł do mnie i chwytając mnie w pasie musnął moje usta.
-Maxi... gościa mamy.- chłopak nie zorientował się, że obok mnie stał Will. 
-Cześć-rzucił oschle patrząc na na chłopaka, który wyciągał jakieś papiery z teczki.
-Słuchaj...Will zostaje na śniadanie, a potem idziemy przygotować się do występu, a że dzisiaj poniedziałek ,to wiem że musisz iść do pracy. Spotkamy się już na miejscu o 17. ok?- spytałam i położyłam kanapki na blacie.
-Dobrze...ale jak jej się coś stanie to cię chyba zabiję-powiedział szeptem do Willa. Nie mogłam uwierzyć, że zrobił się aż tak zazdrosny. Koło moich nóg zaczęło się coś kręcić. To był mój Kotek. Wzięłam go na ręce, pogłaskałam i nalałam mu do miseczki mleka. Szybko wszystko wypił po czym położył się w swoim "Łóżku". Mój mały leniuszek wyglądał słodko. Odeszłam od okna i usiadłam obok chłopaków, którzy zjedli już połowę kanapek.
-Naprawdę?-spytałam z niedowierzaniem.
-No co? Jeść nam się chciało...-powiedział Will. Miał taki męski głos... Co ja mówię? Znowu? Dlaczego ja o nim myślę? Nagle usłyszałam dzwonek do drzwi.
-Znowu... kogo niesie...-powiedziałam i otworzyłam. Stała za nimi Camila.
-Hej! Dziś mam wolne...to może pójdziemy na zakupy? Co o tym myślisz?- spytała a ja zagryzłam wargę.
-Nie mogę, muszę iść się na koncert przygotować.
-Jaki koncert? I kto to jest?-spytała patrząc na Will'a. Nawet nie musiałam nic mówić a on podszedł i przedstawił się.

-Cześć. Jestem William Sebastian Dimer. Syn producenta, który przyjął w swoją opiekę tą tutaj Natalię. A kim jest ta księżniczka, którą mam przed sobą?
Zarumieniła się... ja też bym tak miała...
-Jestem Camila Torres...i nie jestem księżniczką. A teraz do rzeczy-powiedziała i zwróciła się do mnie- Ty\będziesz miała koncert dzisiaj? Idę z tobą się przygotować...Ok?-spytała a ja przytaknęłam i spojrzałam na Will'a.
- Może iść...-powiedział troszkę zły...ale to nic. Nagle usłyszałam dźwięk zegara, który wskazywał 8 godzinę. Szybko chwyciłam torebkę, dałam całusa maxi'emu i wyszłam z przyjaciółmi.

O 8 byliśmy pod najsławniejszym sklepem w całym Buenos Aires. Nigdy nie wierzyłam że mogę kiedyś tutaj stać. Weszliśmy do środka. Tysiąc kolorowych sukienek... miliony butów i stosy dodatków, wywołały na mnie duże wrażenie. Rozdzieliliśmy się i zaczęliśmy szukać idealnej sukienki. Ja znalazłam kilka, które na prawdę mi się spodobały: [KLIK]. Weszłam do przymierzalni i ubrałam każdą z nich. Jedyną dobrą sukienką była ta czarno-zielona. Niestety moi ukochani przyjaciele nie podzielali mojego zdania. Will  już nie wytrzymywał i przyniósł pierwszą lepszą sukienkę, która o dziwo pasowała idealnie i podobała się każdemu z nas. Gdy ja udałam się do kąciku z dodatkami Camila i Will coś do siebie mówili. Usłyszałam tylko "masz chłopaka?" i smutny wyraz twarzy Willa. Zaczęłyśmy szukać butów, które nie mogły być na wysokim obcasie. Nagle w małym kącie dostrzegłam piękne trampki, które idealnie dopasowały się do sukienki. Dokupiliśmy jeszcze kilka dodatków i udaliśmy się do limuzyny, która zawiozła nas na próbę. Znaleźliśmy się pod wielkim budynkiem. Weszliśmy do środka, do małego pomieszczenia, gdzie zaczęłam śpiewać piosenkę :

Aquí estamos ahora

Todo está a punto de cambiar

Nos enfrentamos a mañana como se dice adiós al ayer

Un capítulo final, pero las historias más que empezar

Una página es crucial para todo el mundo
Así que me estoy moviendo en

Dejar ir

Aferrándose a la mañana

Siempre tengo los recuerdos, mientras yo doy cuenta de que

Yo voy a ser...

-Stop!-krzyknął Will.- Ta piosenka...jest...taka... nie na tą chwilę. Mamy dla ciebie piosenkę, którą dał mi Maxi, gdy wychodziliśmy. Proszę.-powiedział i wręczył mi kopertę. Otworzyłam ją i przeczytałam cały tekst. Kiwnęłam głową, a moi przyjaciele włączyli muzykę. Zaczęłam śpiewać:

Lucha por tu sueños,no los dejes ir


Ese es el camino que hay que seguir


A pesar de lós problemas


A pesar de que todo este mal


Y nunca dejes de soñar
Y nunca dejes de creer


Las cosas van a cambiar,todo depende de ti

Y nunca dejes de soñar


Y nunca dejes de creer


Las cosas van a cambiar,todo depende de ti


Uma estrella puedes alcanzar
El amor te va a llegar


No pienses em mañana


Eso ya va a pasar


Solo porque hoy,todo depende de ti


Y nunca dejes de soñar


Y nunca dejes de creer


Las cosas van a cambiar,todo depende de ti


Y nunca dejes de soñar


Y nunca dejes de creer


Las cosas van a cambiar,todo depende de ti
Oh-oh, oh-oh, oh-oh, oh-oh


Oh-oh, oh-oh


Oh-oh, oh-oh, oh-oh, oh-oh


Oh-oh, oh-oh

-Teraz dobrze-uśmiechnął się Will a Cami właśnie pomagała technicznemu w zmontowaniu piosenki. Gdy już wszystko było gotowe, razem z Cami udałyśmy się do sali ćwiczeń i tam nauczyłyśmy się choreografii do piosenki. Była bardzo prosta. Nawet zrobiłyśmy sobie zdjęcie, gdy do sali wszedł William. Troszkę się wystraszyłam. Zaczął krzyczeć, lecz Cami wiedziała co zrobić. Podeszła do niego. Spojrzała mu prosto w oczy, a on mówił już spokojnie. Dziewczyna Uśmiechnęła się i odsunęła się. Przeszliśmy przez długi korytarz, na końcu którego znajdowało się małe pomieszczenie z wielkim lustrem. Fryzjerka oznajmiła że za godzinę Will i Cami mają wrócić. Pożegnali się ze mną i wyszli. Nie wiem co się z nimi potem działo


Camila

Szliśmy przez park. Nigdy nie czułam się lepiej. Will jest taki cudowny... wiem nie jesteśmy parą, ale ja go kocham. Nie wiem czy on mnie też. Ma w sobie jakąś magię i chyba nigdy nie odkryję jaką. Ciekawa jestem gdzie jest Brodway...Oglądnęłam się wokół siebie i zobaczyłam brazylijczyka, który oparty o drzewo całował się z jakąś dziewczyną. Najpierw myślałam że to nie on, lecz niestety...
-Brodway!-krzyknęłam podchodząc do niego z płaczem- To koniec! Koniec z tobą i mną...z nami... myślałam że ty jesteś inny.Myliłam się. Jesteś taki jak inni... nienawidzę cię!-nie zdążył nic powiedzieć, bo ja już odeszłam. Z łzami w oczach rzuciłam się w ramiona Willa. Ten na początku nie wiedział o co chodzi, lecz objął mnie rękami po czym puścił i podszedł do Brodwaya.
-Słuchaj ty pajacu! Taka dziewczyna to skarb...a ty... ty po prostu jesteś...jesteś...chamem. Nie rozumiem cię.- powiedział i walnął z "liścia" w policzek mojego byłego chłopaka. A ten oddał mu jeszcze silniejszy cios w brzuch. Will leżał na trawniku, a Brodway uciekł. Podbiegłam do niego i pomogłam mu wstać.
- Wszystko dobrze?-spytałam wciąż z płaczem.
-Tak...-odpowiedział.- to tylko lekki ból... nic więcej. Lepiej wracajmy. Dobrze?- spytał a ja przytaknęłam. Przez drogę opowiadaliśmy o sobie. Zaczęłam coraz bardziej zakochiwać się w nim. Nigdy nie czułam takiej prawdziwej miłości. To z Brodwayem... pomyliłam się... przecież można się pomylić.
- Może pójdziemy gdzieś po koncercie?-spytał chłopak, a ja uśmiechnęłam się.
- Ok...ale to nie będzie randka? Nie jestem jeszcze gotowa na nowy związek...- powiedziałam. Co ja zrobiłam!? Nie chciałam tego mówić... Co on sobie pomyśli. Spojrzałam na jego twarz... uśmiechał się. Szybko znaleźliśmy się w budynku. Gdy zobaczyłam Naty... zatkało mnie... 
- No i co o tym myślicie?- Miała na sobie czerwono-niebieską sukienkę z srebrnymi dodatkami. Buty trampki dziewczyna zamieniła na buty z obcasem. Jej włosy były bardzo długie i proste a makijaż idealnie komponował do reszty stylizacji.
-WOW!-odpowiedziałam z zachwytem i zaskoczeniem. Nagle za mną stanął Maxi.
- Dobra to teraz ja się idę przygotować-powiedziałam i poszłam w stronę wyjścia, całując Willa w policzek.

Natalia

Nie wiem co między nimi zaszło...ale coś mi się zdaje, że oni są parą...ale to tylko moje przypuszczenia. Nie marnując czasu rzuciłam się Maxiemu w ramiona i przytuliłam go.
-Dzięki za piosenkę- powiedziałam i pocałowałam go.
- Nie ma za co.

Była już 19... za chwilę moja kolej. Kilka moich poprzedniczek straciło szansę, a publiczność ich nie polubiła. Czułam się strasznie zestresowana...
-Maxi,a co jak zawalę sprawę. Pomylę kroki... zapomnę tekstu?
- To ci go przypomnę...-powiedział z uśmiechem na twarzy.
- Natalia wchodzisz!-krzyknął Will.
- Trzymamy kciuki. - oznajmili, a ja z Cami weszłyśmy na scenę. Zaczęłyśmy układ i piosenkę.



Y nunca dejes de soñar
Y nunca dejes de creer
Las cosas van a cambiar,todo depende de ti
Y nunca dejes de soñar
Y nunca dejes de creer
Las cosas van a cambiar,todo depende de ti

Publiczność oszalała. Zaczęła wykrzykiwać moje imię. Ale ja taka mądra, że od razu po piosence zmyłam się z pola widzenia. Za sceną stały już kamery. Uściskałam Maxiego Will'a i Cami. Bardzo się cieszyłam. Wszystko ułożyło się tak jak chciałam. Nagle Will wziął z rękę Cami i wyszli zostawiając nas samych. Maxi chciał już za nimi iść ale go powstrzymałam. Po godzinie 22 wróciliśmy do domu, gdzie czekała na mnie kolacja. Znowu przygotował pyszne jedzenie. Po kolacji położyliśmy się do łóżka i zasnęliśmy.


Camila

Weszliśmy do eleganckiej restauracji. Usiedliśmy przy bardzo wykwintnym stoliku i zamówiliśmy swoje ulubione danie. Okazało się że mamy z sobą wiele wspólnego a ta kolacja bardzo nas zbliżyła. rozmawialiśmy chyba cały czas o muzyce. Nagle spytał mnie o Brodwaya.
-Cami... czy bardo cierpisz?
- Nawet nie wiesz jak... ty nie wiesz jak to jest widzieć ukochaną osobę, która całuje kogoś innego...nie wiesz jaki to ból...
-Mylisz się...wiem... przyłapałem kiedyś moją byłą narzeczoną w łóżku z moim najlepszym przyjacielem. Nie mogłem w to uwierzyć. Zerwałem zaręczyny i już więcej się do niej nie odezwałem... od tego czasu nie chcę mieć dziewczyny.
-Naprawdę?-spytałam.
-Tak... niestety.- jego historia mnie wzruszyła.
-Wierzysz w miłość od pierwszego wejrzenia?-spytał.Chwilę potem zobaczyłam jak kładzie swoją dłoń na mojej. Uśmiechnęłam się. Nasze twarze zbliżyły się. Dzieliło nas kilka centymetrów. Nie zastanawiałam się. Pragnęłam tego. Przecież go kochałam. znamy się dopiero dzień, lecz zdążyłam zrozumieć to że jesteśmy sobie przeznaczeni. Nie wiedział czy zrobić to czy nie... dlatego zrobiłam pierwszy krok. Znużyliśmy się w cudownym pocałunku...takim magicznym. To nie był pocałunek taki jak z brodwayem... jak z Maxim... był pełen miłości, jakiej jeszcze nikt mi nie dał...
- Tak-powiedziałam- Wierzę...



~~~~~~~~~~~~~~
TA DAM!
Cześć!Tu Katie i to już prawdopodobnie ostatni oddzielny rozdział z Naxi i Camilą i Williamem. Więc przygotujcie się na wielką niespodziankę :) PS: Kto mi wymyśli nazwę paringu willa i camili? XD XD
Dołączyłam do bloga... od teraz zajdą tutaj wielkie zmiany :)

sobota, 7 czerwca 2014

Informacja.

Nie będę robić kopiuj - wklej z maila, bo to moim zdaniem bez sensu. Nie wiem czy to was zasmuci, czy raczej ucieszy. W składzie zostają dwie dziewczyny : Nikoletta (o ile jeszcze chce tutaj pisac) i Katie. Tak, właśni. Nicole odeszła. Dzisiaj z samego rana dostałam od niej taką informację :
Nie będę zatrzymywała jej na siłę. To bez sensu. Ja dobrze wiem dlaczego odeszła. Nie czytałam jej poprzedniego rozdziału - przyznaje się bez bicia. Przeczytałam początek, ale potem to już tylko... Nie komentuje. Nadal nie potrafię czytać o Leonettcie. Nadal go nie przeczytałam, więc nie wiem dlaczego wam się nie podobał. Nie będę się w to wtrącała. A szczególnie nie będę zatrzymywała jej na siłę. Sama odeszłam (zapewne 1/2 z was nie ma o tym pojęcia) więc nie nadaje się do pouczania Nicole w tej sprawie. Nie zatrzymuje jej siłą. 

Następny rozdział piszę Katie. Żeby nie było wątpliwości, po niej piszę Nikoletta. 
Ja nadal tutaj będę, jednak pisać raczej nie będę.  

Jeszcze do Nikoletty i Katie. Musimy kiedyś porozmawiać we trzy, ustalić co z tym robimy. Bo to co się tutaj dzieje staję się lekką paranoją. Żaden rozdział ostatnio nie ma ze sobą związku. 

piątek, 6 czerwca 2014

Rozdział 41 | Autorka - Nicole.

*Leon*
/20:01\
Violetta z Mel odleciala. Stracilem je na zawsze. Rozmyslalem dlugi czas dlaczego na to pozwolilem. Leon, co ty sie martwisz. Fran ma plan, raczej sie spelnil. Nagle napadla na mnie fura fanek. Podpisalem 3 autografy i w tlumie ludzi zauwazylem rude wlosy Mel. Dzielilo nas 5 metrow. Bieglem do nich jak szalony.
-Violetta, Mel! -krzyczalem. Po chwili odwrocily sie. Violetta odstawila dziewczynke na ziemie, podbiegla dwa kroki i wskoczyla w moje ramiona. Od razu namietnie sie pocalowalismy. Mel stala i sie patrzyla. Odstawilem Violette i wziąlem na rece Melanie. Violetta zlapala mnie za jedną reke, poniewaz drugą trzymalem Mel.
-Kocham Cie, Violetto Castillo. -powiedzialem. Ta sie usmiechnela i do nas przytulila.
-A ja Ciebie, Leonie Verdasie. -powiedziala i mnie pocalowala. Jak sie ciesze ze mi wybaczyla. Myslalem ze nigdy tego wiecej nie uslysze z jej ust. Zaraz, ale dlaczego ja jej tego nie powiedzialem?
-Myslalem, ze nigdy tego wiecej nie uslysze z Toich ust. -powiedzialem a ona sie zasmiala.
-Jedziemy do domku? -zapytala Mel
-Tak szkrabie tu moj. -i pocalowalem moją corke w policzek. -A czy chcesz dzisiaj span u babci Veronici? -zapytalem.
-Taak! - wykrzyknela. Violetta przejela Mel a ja wziąlem ich walizki. Zanioslem je do bagaznika mojego samochodu i odjechalismy. Po 10 minutach bylismy pod domem moich rodzicow. Zaprowadzilem Mel i jej jedną walizke do drzwi i zadzwonilem do dzwonka. Otworzyla moja mama.
-Czesc Leon. -powiedziala z usmiechem. -Oooo. Czesc malutka. -i wziela Mel na rece. -Dawno cie u nas nie bylo. -powiedziala z usmiechem moja mama.
-Wiem. -powiedziala swoim dziecinnym glosem.
-Mamo, ja ci zostawiam Mel na noc. Przyjade po nią jutro po poludniu. -powiedzialem dając jej walizke.
-A co sie stalo? Nie chcesz zostac ze swoją corką? -zapytala
-Chce, oczywiste. Ale jedziemy z Violettą ... -zacząlem. -No ten, no .... -zacząlem sie jąkac.
-No dobra, dobra. - zasmiala sie. -Jedz. I bawcie sie dobrze! -krzyknela zamykając drzwi. Pobieglem do auta i pojechalismy do hotelu.

*Violetta*
Jedziemy windą z moimi dwiema walizkami do pokoju Leona. Pokoju. Apartamentu Leona.
-Zapraszam. -powiedzial z usmiechem i weszlismy do srodka. Zaniosl moje walizki do pokoju a ja usiadlam w salonie na sofie. Po chwili przyszedl tutaj z lampką czerwonego wina i dwoma kieliszkami. Nalal wina do kazdego z nich i stuknelismy kieliszki. Wypilam lyka wina i odstawilam na stoliczek.
-Wiesz co mnie ciekawi? -zapytalam
-Nie. -powiedzial z usmiechem
-To ze przed sądem sie zgodziles. -powiedzialam
-Zrobilem to po to, zebys sie ucieszyla. -powiedzial cicho. Nie wiedzialam co odpowiedziec.
-Uucieszyla? -zapytalam
-No bo w koncu to ty chcialas ten rozwod. -powiedzial i wziąl lyka wina.
-Dobra nie bylo tematu. -powiedzialam, a on sie zasmial.
-Poczekaj na mnie chwilke. -powiedzial, wstal z kanapy i poszedl do swojej sypialni. Po 5-ciu minutach wrocil z moim bikini.
-Wloz. -powiedzial i mi je podal.
-Co ty kombinujesz? -zapytalam sie zszokowana.
-Wkladaj i nie gadaj. -machnąl reką
-Dobra, dobra. -podnioslam rece do dory w gescie obronnym i poszlam wlozyc bikini. Po chwili wyszlam z lazienki a on dal mi zwiewną sukienke i kazal narzucic mi ją na bikini. Gdy szlam w kierunku lazienki, on zlapal mnie za nadgarstek.
-Tak? -zaptytalam patrząc w jego piekne oczy.
-Kocham cie. -powiedzial. Ja nic mu nie odpowiedzialam tylko namietnie pocalowalam. Po oderwaniu powiedzial:
-Widac, ze ty mnie nie. -powiedzial smutno.
-Oj, skarbie. Ja kocham cie jeszcze bardziej. -nadal byl smutny. -Skarbus. -powiedzialam z zalem
-Hahaha. -zasmial sie. -Zartowalem. - a ja walnelam go lekko sukienką
-Idz sie ubieraj. - machnąl glową pokazując na drzwi lazienki. Gdy sie odwrocilam uszczypnąl mnie w tylek.
-Eeej! -wykrzyknelam ze smiechem. Ten udawal jakby nigdy nic. Wywrocilam oczami i poszlam narzucic na siebie tą sukienke. Po wyjsciu z toalety Leon trzymal jakąs torbe.
-Co tam jest?? -zapytalam prosto z mostu
-Idziemy na basen. -i wyszczezyl zeby. Cmoknelam go w policzek i udalismy sie w strone windy.
-O tej porze jest w ogole otwarty? -zapytalam
-Tak. -powiedzial. Polozyl torbe na podlodze, przygwozdzil mnie do sciany i nachylil sie nade mną. Najpierw spojrzalam na moją reke, ktora spoczywala na jego ramieniu, a pozniej utonelam w jego oczach. Po chwili namietnie sie pocalowalismy. Calowalismy sie tak az do zjazdu na pietro, na ktorym znajduje sie basen. Leon podniosl torbe i podeszlismy do kasy.


*Leon*
Weszlismy nawet bez zadnego placenia czy cos. Weszlismy po chwili do mojej prywatnej szatni.
-To ty masz prywatną ... ? -nie dokonczyla
-Tak, mam. -odpowiedzialem z usmiechem i zdjąlem koszulke, a po chwili spodnie. Od razu bylem w kąpielowkach. Violetta po chwili rowniez byla tylko w bikini. Wyszlismy z szatni i pobieglismy do ' basenowni ' ( xD ) . Na pierwszy ogien weszlismy do jakuzzi. Bawilismy sie pianą. Po dwoch godzinach wrocilismy do szatni.
-Leon, wziąles szampon? -zapytala Violetta.
-Tak. - i podalem jej tubke z szamponem. Weszla pod prysznic. Nie zdązyla zamknąc kabiny, a ja juz sie wcisnąlem do niej.
-Cco ty wyprawiasz? -zapytala
-Nic. Bedziemy sie myc, prawda? -zapytalem idiotycznie. Ta tylko mnie cmoknela lekko w usta i zaczelismy sie myc. Po szybkim prysznicu wytarlismy sie. Violetta szukala bielizny. Przewrocilem oczami i dalem jej to, czego szukala.
-Serio? -zapytala
-No co? -zapytalem
-Innej nie mogles mi znalezc? -zapytala glupio
-No co? Zwykle koronkowane stringi i koronkowany stanik. -powiedzialem obojetnie i poprawilem krawat.
-Niech ci bedzie. -powiedziala i zaczela sie ubierac. Po chwili dalem jej sukienke, aby ją wlozyla.
-Gdzie jedziemy? -zapytala.
-Na kolacje. -powiedzialem i zabralem torbe. Ta zapiela sukienke i wyszlismy z szatni. Weszlismy do windy i gdy bylismy na moim pietrze weszlismy do srodka. Zostawilem torbe i Viola wziela swoją torebke. Podeszla do mnie. Objąlem ją w talii i namietnie pocalowalem. Odwzajemnila pocalunek. Po chwili oderwalismy sie od siebie, lecz nadal ona byla w moich ramionach.
-Glodna jestes? -zapytalem
-Nie za bardzo. -szepnela. Przechylila glowe lekko w prawo i rzucila torebke na kanape. -Ale jestem glodna ciebie. -powiedziala i przegryzla dolną warge.


*Narrator*
Namietnie sie pocalowali. Nadal sie calując Leon usiadl na sofe, a Violetta na nim okarakiem. Zaczeli sie rozbierac. Violetta miala wiecej roboty, bo Leon byl ubrany w garnitur. Jednak byla w tym samym tempie co jej partner. Po chwili byli tylko w samej bieliznie. Leon na rekach zaniosl Violette do sypialni. Rzucil ją na lozko. Ta tylko sie zasmiala. On polozyl sie na niej i piescil jej szyje. Po chwili rozpiąl jej stanik i piescil jej jedrne piersi. Violetta wsadzila pod jego bokserki swoje nogi i jednym ruchem sciągnela z niego bielizne. On rowniez sie nie bawil i sciągnąl z niej stringi. Dopieszczal jej skarb. Violetta nie chciala byc w tyle i popchnela go i polozyla sie na nim. Calowala jego klate. Bez ceregieli zaczela mu robic loda. Po uplywie kilku minut Leon polozyl Violette delikatnie i polączyl ich intymne czesci ciala w jednosc. Kochali sie reszte nocy, az do utraty tchu. Po zakonczeniu tego wydarzenia wtulili sie w siebie i lezeli.


*Violetta*
-Bylo super? -zapytal Leon
-Zajebiscie. -powiedzialam i pocalowalam go lekko
-To sie ciesze. -powiedzial z usmiechem
-Przepraszam. -powiedzialam
-Co? Dlaczego? -zapytal zdziwiony
-Ze Cie zostawilam, i bylam z Joe, i nie dalam ci nic wyjasnic. Po prostu za moją glupote. -mowilam
-Nie masz za co przepraszac. Tez bym sie wkurzyl gdybys wyjechala bez zadnego slowa. -powiedzial
-Czyli wybaczasz? -zapytalam
-Nie ja powinienem wybaczac tylko ty. -powiedzial.
-Czyli wybaczamy sobie nawzajem? -zapytalam
-Tak, kochanie. -powiedzial i czule sie pocalowalismy. Po oderwaniu zapytalam:
-Ktora godzina?
-9:00. -odpowiedzial
-Spimy? -zapytalam
-Chetnie. -odpowiedzial i zasnelismy.


*Veronica*
Jest juz godzina 9:00. Pewnie niedlugo Leon przyjedzie po Mel. Ale chwile ... Skoro z Violettą... To znaczy ze do siebie wrocili! Ale super! Znowu wnuczka bedzie mogla byc u babci. No i dziadka oczywiscie. Mam 37 lat, ale jestem szczesliwa, ze moj syn jest szczesliwy. Leon zdradzil mi, ze chce zrobic niespodzianke dla Violetty. Z resztą, wiele niespodzianek. Koncerty, wyjazdy. Ohh. Skąd on ma tyle kasy?! Podobno gra jutro dzisiaj koncert w Brazylii. Pewnie zabierze je razem ze sobą. Moje myslenie przerwala Mel.
-Babciuu! -powiedziala dziecinnym glosem
-Tak skarbus? -odpowiedzialam i poszlam do salonu, poniewaz byla tam moja wnuczka.
-Mamusia i tatus są lazem? -zapytala
-Kochanie, skąd ty znasz te slowa? -zapytalam
-Od dziadka Germana. -powiedziala i wyszczerzyla swoje bielutkie ząbki
-Tak, skarbie. -powiedzialam i sie usmiechnelam do dziewczynki.
-A bede miala blaciska? -zapytala
-Ha. -westchnelam. -Louiiis! -zawolalam mojego meza.
-Tak? -zapytal zasapany
-Melanie ma do ciebie pytanie. -powiedzialam. Louis usiadl obok Mel.
-Tak skarbie? -zapytal
-A bede miala blaciska? -zapytala ponownie
-Bedziesz miala. -powiedzial z usmiechem. Spojrzalam na niego jak na potwora.
-Ale siuper! Bede miala blaciska! Blaciska! -i biegala wesola po salonie
-Louis! -krzyknelam do niego
-Tak? -zapytal
-Cos ty narobil? -zapytalam niemal krzycząc
-No co? Uszczesliwilem swoją wnuczke. A Leon mi mowil ze szybko bedzie dzidzius. -powiedzial wesoly
-Kiedy zdązyl Ci to wszystko powiedziec? -zapytalam
-Wczoraj o 21:00. -powiedzial i wstal oraz poszedl pobiegac. Siedzialam na dywanie oszolomiona. Po chwili zatrzymalam Mel.
-Chcesz isc z babcią na spacer? -zapytalam. Dziewczynka przytaknela. Spakowalam najpotrzebniejsze rzeczy i wyszlismy z domu.


~,~

Od Nicole ( znowu ) :
Wgl nie komentujecie! To bolesne! My siedzimy nie wiadomo ile przed kompami, piszemy rozdzialy, a wy nawet glupiego ' Super ' albo glupiej kropki w komentarz nie wstawicie. To przykre.

` Nicole .


Od Patrycji :
Ja ze swojej strony wspomnę tylko, że u Nicole jednak wcale nie jest aż tak strasznie z komentarzami. Mam takie pytanie. Zauważył w ogóle ktoś że Diego wyjechał, czy trzeba poinformować na początku rozdziału z Leonettą? A w sumie, nieważne. Wyjazd Diego ma jednak swoje głębsze znaczenie. Jakie? Patrycja znika. Odchodzi, chociaż na jakiś czas. Odpocząć od tego wszystkiego, zając się czymś nowym. Więc jak się spodziewacie, naszego Diego już jak narazie nie będzie. Wróci, jeśli ja wrócę.
Co do tego nowego... Może was zainteresuje, jeśli ktokolwiek z was był tu ze mną za czasów One Shota "Miłość? Jak będę chciała pocierpieć, przytrzasnę sobie rękę drzwiami". To jest właśnie historia, nad którą pracuje. Ze szczegółami opisuje  wszystko, chociaż zapewne tylko popsuje te historie. Macie link ->  http://smierc-laczy-na-zawsze.blogspot.com/#_=_
Oczywiście tutaj nadal będę jako autorka bloga. Nie zostawię dziewczyn samych, a tym bardziej Nikoletty. To ciao. Może do was wrócę, o ile zatęsknicie.

^Patrycja Dominguez.

Ps. to nie ja odpowiadam za części nie dla dzieci, tylko Nicole. Jeśli jakieś pretensje - to do niej. Dziękuje. :D

środa, 4 czerwca 2014

Rozdział 40 l Autorka: Nikoletta

*** Ludmiła***
Powrotna droga do domu zajęła nam kilka godzin. Tak, postanowiliśmy wrócić. A raczej ja podjełam taką decyzję. Federico tylko jak prawdziwy mężczyzna wykonał moją prośbę nie pytając o jej powód.
Z jednej strony zastanawiała mnie powściągliwość Włocha, bo nie mogę powiedzieć, że moje zachowanie było normalne. A z drugiej... Cieszyło mnie to. Nie miałam sił, by tłumaczyć mu cokolwiek.
-Poczekaj... Pomogę Ci z Tą walizką. - zaoferował się chłopak.
Kiwnęłam głową i przepuściłam go w drzwiach domu rodziców. Zamknęłam je za sobą i weszłam schodami prosto do mojego pokoju. Niemal od razu wskoczyłam na zasłane łóżko i wtuliłam twarz w pościel.
Zamknęłam oczy i wzięłam głęboki wdech. Chwila spokoju... Tak, to było to, czego potrzebowałam.  A za kilka miesięcy nie będę miała nawet sekundy błogiej ciszy. Dodatkowo Federico... Tomas... i... pozostali przyjaciele. Powinnam z kimś się skontaktować. Porozmawiać, nim zdecyduje się na to z Włochem.
Nie wiadomo czemu, pierwszą osobą, o której pomyślałam, był... Diego. To właśnie jemu potrzebowałam się zwierzyć.
Usiadłam i wyjęłam z kieszeni telefon, po czym przyłożyłam go do ucha.
Minęło kilka sygnałów, nim odebrał.
- Cześć Diego, tu Lu... - przywitałam się.
- Hej Lu, nie mogę teraz rozmawiać...
Zmarszczyłam brwi.  Ze słuchawki dochodziły dziwne, głośne dźwięki.
- Emm Diego... Czy mi się wydaje, czy Ty jesteś na lotnisku?
Hiszpan westchnął.
- Bystra jesteś.
- Odprowadzasz Violettę? - spytałam. - Kurde, nie zdążyłam się z nią pożegnać. Ale cóż... Kiedy wracasz do domu?
- Lu... To nie tak... To ja wyjeżdżam.
Wybałuszyłam oczy ze zdziwienia.
- Ale jak to?! Na ile?! Kiedy wracasz?! - pytałam jak najęta i złapałam się za brzuch, który nagle zaczął mnie straszliwie boleć.
- Ja... Na jakiś czas. Może na zawsze. - odpowiedział. - Przepraszam, ale naprawdę nie mam czasu rozmawiać.
Złapałam kilka głębokich wdechów.
- A co z Alicją? - spytałam starając się uspokoić.
- Ludmiła... Naprawdę nie mogę gadać. Zadzwonię jak wyląduję.
Zmarszczyłam brwi.
- Nie możesz wyjechać... - szepnęłam.- Potrzebuję Cię teraz. Proszę...
- Przykro mi.- przerwał mi.- Bo ja z kolei potrzebuje tego wyjazdu i nie zmienię zdania.
- Diego...
Mężczyzna westchnął.
- Dbaj o siebie i o dziecko. I nie martw się o mnie.
- Ale skąd wiesz o...
- Cześć kochana, trzymaj się! - krzyknął i się rozłączył.
Odłożyłam urządzenie od ucha i z powrotem położyłam się, nadal trzymając obolały brzuch. Nagle na moim czole pojawiły się kropelki potu, a oczy same zaczęły mi się zamykać.
- Fede...- starałam się go zawołać, nim całkowicie straciłam świadomość.

*** ///////// dwie godziny później /////////// ***


***Federico***
Przestraszony patrzyłem na surową twarz lekarza.
- Czy wszystko z nią w porządku?
Mężczyzna zmarszczył siwe brwi i wskazał mi ręką swój gabinet. Weszliśmy do środka i usiadłem na miękkim, skórzanym krześle.
- Kim pan jest dla pani Ferro?
Westchnąłem.
- Chłopa... Narzeczonym. - skłamałem, by zwiększyć swoje szanse na poznanie jakichkolwiek informacji.
- Dobrze... Pani Ferro jest w ciąży mnogiej, wie pan co to oznacza?
Wybałuszyłem zdziwiony oczy i podniosłem dłoń do ust.
- Bliźnięta...- wyszeptałem, a on pokiwał głową.
- Tak, dokładnie to czwarty miesiąc. Zastanawia mnie, że państwo wcześniej się do mnie nie zwróciliście. Nie martwiło państwa, że jak na ciążę mnogą, brzuch jest nienaturalnie mały?
Pokręciłem głową.
- Dowiedzieliśmy się o ciąży wczoraj.- wyjaśniłem.- Czy z dziećmi wszystko w porządku?
Mój głos był mechaniczny, pozbawiony jakichkolwiek emocji. To wszystko było dla mnie jak... sen. Ani dobry, ani zły... Po prostu jak coś nierealnego.
- Tak... Maluchy mają się dobrze. - uśmiechnął się.- Ale pani Ferro potrzebuje teraz spokoju i opieki.
Zamyślony skinął głową.
- Kiedy ją stąd wypuścicie? - spytałem nie odrywając wzrok od zegarka, który zawsze nosiłem na lewym nadgarstku.
- Wszystko się okaże w ciągu najbliższej godziny.

_____________________________________________________________
Następna pisze rozdział Nicole.

Chciałam wam podziękować, że ze mną byliście...

Nikoletta.