niedziela, 20 kwietnia 2014

Rozdział 32 | Autorka - Nikoletta

Narazie nie dostałam ciekawej pracy na konkurs (jest jedna, ale dostała 3 razy nie xD Bez urazy, ale ani ja, ani Nicole nie mamy narazie chęci godzic Leonetty... No i troche mniej sexu poproszę XD) więc postanowiłam dodać to co napisała Nikoletta. Miłego czytania :3

***Ludmiła***

Wracaliśmy do domku trzymając się za ręce. Co jakiś  czas zerkałam w jego stronę, by upewnić się, że to nie jest sen, a rzeczywistość.  Do tej pory nie docierało do mnie to, co wydarzyło się sprzed paroma minutami.  Pocałunek… Federico… To wszystko wydawało mi się takie odległe… Nierealne. A wystarczyła chwila, albo dwie, by to wszystko stało się prawdą. Naszą wspólną prawdą.
- Jakie to życie jest nieprzewidywalne… - zaśmiał się Federico. – Jeszcze kilka lat temu byśmy się prędzej pozabijali, niż stanęli obok siebie, a teraz…- ścisnął moją dłoń.
Spojrzałam mu wprost w oczy i uśmiechnęłam się. W jego tęczówkach o barwie gorącej czekolady widziałam szczęście.  Dokładnie takie samo szczęście, jakie sama czułam. Nie myślałam o Tomasie, Francesce, a nawet Naty…
- Życie jest pełne niespodzianek…
Chciałam coś jeszcze dodać, ale nagle znowu zaczął boleć mnie brzuch. Dostałam ogromnego napadu mdłości, których nie byłam w stanie powstrzymać w żaden sposób. Federico objął mnie ramieniem pomagając utrzymać mi tym samym równowagę. Wzięłam głęboki wdech, a przerażony chłopak z każdą mijającą sekundą stawał się co raz bardziej nerwowy.
- Lu… Co Ci jest? – zapytał troskliwie.
Pokręciłam głową i ponownie zaczerpnęłam powietrza.
- Łazienka… - wychrypiałam.
Włoch bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia wziął mnie na ręce i szybkim krokiem zaczął zmierzać  w kierunku domu. Na szczęście zdążyliśmy przejść niemal całą drogą powrotną i dotarcie do domku zajęło nam mniej niż 10minut.  Gdy weszliśmy już do środka, dalej trzymając się za obolały brzuch ruszyłam do wspomnianej wcześniej toalety. Zamknęłam chłopakowi drzwi przed nosem, a następnie przekręciłam klucz w drzwiach. Zsunęłam się po ścianie na ziemię i wyjęłam z kieszeni telefon. Włączyłam kalendarz i zaczęłam liczyć dni od ostatniej miesiączki.
- O nie… - Tylko tyle udało mi się z siebie wydusić.

***Federico****
Nerwo przeskakiwałem z nogi na nogę waląc co chwila w zamknięte drzwi.
- Ludmiła! Otwórz! – krzyczałem. – Otwórz te cholerne drzwi, bo zaraz trafi mnie cholerny szlak!
Zakląłem jeszcze kilka razy pod nosem aż usłyszałem, jak drzwi się otwierają. Odsunąłem się kawałek, by dać blondynce możliwość wyjścia z pomieszczenia. Jednak ona stała tak, jak stała.
- Możesz przynieść mi torbę? – spytała drżącym tonem.
Stanąłem na wprost niej i chwyciłem ją za ramiona.
- Najpierw powiedz mi co się dzieje. – odparłem.
Spojrzała mi w oczy i pokręciła głową.
- Proszę… - szepnąłem.
Jednak ona mnie zlekceważyła i zniknęła za pierwszym zakrętem wracając po chwili ze swoją torbą podróżną.  Skorzystałem z okazji i wślizgnąłem się do łazienki, do której i ona weszła.
- Federico, wyjdź. -  usłyszałem, lecz tym razem ja pokręciłem przecząco głową. – Proszę…- dodała, ale to także nic nie zmieniło. – Nie będę przy Tobie sikać. – oznajmiła  i wskazała ręką wyjście.
Westchnąłem i posłusznie opuściłem pomieszczenie żegnając ją zmartwionym spojrzeniem.  W jej oczach widać było zimno i zdecydowanie. Nie potrafiłem jej się postawić, bo nie chciałem jej denerwować. Chociaż i tak nie wyglądała na szczególnie spokojną osobę.

****Ludmiła****
Oparłam się o ścianę i westchnęłam kilka razy. Zmrużyłam powieki i obracałam w drżących dłoniach zrobiony już test ciążowy. Pozostały 4minuty, by przekonać się jak będzie wyglądała moja przyszłość. Dla niejednego to tylko chwila. Moment, który mija w mgnieniu oka. Ale nie dla mnie i nie dzisiaj.
Co jeśli okaże się, że zostanę matką? Jeśli jestem w ciąży? Z … Tomasem… Co  z Federico? Ze drugim kierunkiem studiów, który chciałam rozpocząć? Przecież to wszystko zostało by przekreślone grubą, czerwoną linią. Wszystkie moje plany, marzenia uległy by zmianie. Tak jak moje życie.
Czemu w chwili, gdy zaczynałam być szczęśliwa, wszystko musiało się zaczynać psuć? A z drugiej strony co, jeśli nie jestem w ciąży,  a objawy, które zaczęły się jakiś czas temu nie świadczą o dziecku, a o chorobie? Miałam w głowie mętlik. Spojrzałam na wyświetlacz telefonu, by zobaczyć ile zostało jeszcze czasu.
Minuta.
Sześćdziesiąt sekund.
Kilka mrugnięć powieki.
Wieczność, jeśli chodzi o Twój los.

***Federico***
Mijała sekunda za sekundą, a każda z nich wywierała na mnie co raz większą presję. Nie wiedziałem co się dzieje. Czy Ludmiła miała jakieś kłopoty ze zdrowiem? A może jest coś, co powinienem wiedzieć, a czego nie pamiętam? Tupałem nerwowo nogą wystukując nieznany mi rytm. Nie chciałem pukać do drzwi, chociaż wiele razy podnosiłem już ku temu dłoń. Za każdym razem jednak rezygnowałem tłumacząc sobie, że należy się dziewczynie chwila prywatności. Po jakimś czasie, który dla mnie trwał wieczność wrota się otworzyły i stanęła w nich blondynka.
Jej twarz nie wyrażała żadnej najmniejszej emocji, która zdradziłaby mi cokolwiek.
- Lu.. – zacząłem,  a ona mnie wyminęła.
To, co wydarzyło się potem nie występowało nawet w moim najczarniejszym scenariuszu. Dziewczyna stanęła do mnie tyłem. Wiedziałem, że z jej pięknych oczu zaczęły spływać bezbarwne łzy. Nie musiałem na nią patrzeć, po prostu to czułem. A potem powiedziała niemal Szpetem:
- Nie możemy być razem.


OD NIKOLETTY:  Cześć wszystkim! Mam dla was ważną wiadomość. Zauważyłam, że moje rozdziały są tymi, które komentujecie najmniej i postanowiłam, że muszę coś z tym zrobić. Nie wiem, czy to jest kwestią tego, że najgorzej piszę (co jest niemal pewne), czy tego, że nie lubicie mojego paringu. Ale choćbym pisała nie wiem jak źle, to to i tak nie jest fair. Wkładam w każde słowo mnóstwo pracy, czasem i czasu. Dlatego postanowiłam, że będę postępowała zgodnie z powiedzeniem "jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie". O co chodzi? O to, że jaka liczba komentarzy, taki rozdział. Im bardziej wy się będziecie wysilać, tym ja też. Jeśli liczba komków będzie niewielka, rozdziały będą krótkie (bo i tak muszę je pisać) i nie za specjalne. Jeśli dobijecie chociaż 14 komentarzy, będą takie jak zazwyczaj. (Dosyć długie i miejmy nadzieje "emocjonujące?", "ciekawe?" dobra, będę się po prostu starała.). Tyle z mojej strony ;). Dziękuję ;)

piątek, 18 kwietnia 2014

Patrycja, inteligent, dodaje post o 5:30 rano XD

Ta, wiem... Nie śpie, fajnie? :D Ale ten post nie będzie dotyczył tego że Dominguez'owa nie śpi XDD Tutaj chodzi o to, że żadna z nas chyba w najbliższym czasie nie napisze rozdziału. Więc mam pomysł xd
Robie konkurs na kolejny rozdział! Jaka nagroda? Jak ktoś wygra, będzie miał możliwość napisania jeszcze jednego rozdziału bądź one shota, który wstawie tutaj na bloga xd 2 i 3 miejsce to już jakiś kolarz, ewentualnie xd
Nie wiem czy ktoś chciałby brać w tym udział. Mam nadzieje że tak...
Więc : O co mi chodzi?
Rozdział musi być dalszą częścią NORMALNEJ historii z tego bloga XD Prosiłabym nie wprowadzać żadnych lezbijek, bo ja potem nie będę miała jak tego wątku dalej poprowadzić.
Zero uśmiercania! A Diego w szczególności! XD (tylko ja mogę xd)

To by było na tyle xd Ile macie czasu? Do 26 kwietnia, to moim zdaniem dużo :D Zobaczymy czy ktoś wyśle. Ale uwaga, rozdziały wysyłacie mi na TEGO maila, nie tego podanego w zakładce kontakt : patrycja.dominguez@onet.eu

Buziaki kochani :D
Dominguez'owa.

środa, 9 kwietnia 2014

Co z rozdziałem?

No właśnie... Katie napisała mi że się nie wyrobi. Dzisiaj. No właśnie. Kto jest następny w kolejce? No właśnie, pani Patrycja Dominguez (ja). A ja... No właśnie xD Ja mam się wyrobić? Dzisiaj piszę rozdział na bloga o Dielettcie. Trzeba, raz na jakiś czas. Dzisiaj środa, 9 kwietnia. Mylę się? Nie. A wiecie co? 10 kwietnia mam bierzmowanie. No na serio? Teraz to mnie Katie wrobiła... Dzisiaj nie ma mowy o pisaniu, bo napiszę na bloga o Dielettcie i idę sobie, bo mam próbę liturgiczną. A jutro mam te badania, i oczywiście bierzmowanie. W piątek szkoła. Lekcję do późna / drzwi otwarte. W sobotę na pewno mam drzwi otwarte... Więc też nic nie napiszę. Jeśli nie uratuje mnie żadna inna dziewczyna, poczekacie sobie na rozdział do niedzieli. Gdybym wiedziała o tym wcześniej, już miałabym napisane. Przepraszam was że musicie tyle czekać.

środa, 2 kwietnia 2014

~ Rozdział 31 serii 2 ~ | Autorka - Nicole K.


 *Violetta*
- Czesc, przeszkadzam? ... Przepraszam, chcialam tylko powiedziec, ze wpadne dzisiaj do ciebie. ... No, buziaki. -gadalam z Diego. Byl zajety. Trudno. Zaparkowalam przed domem. Mel wybiegla z auta i chciala wejsc do domu, lecz drzwi byly zamkniete. Gdy je otworzylam od razu wbiegla do kuchni i szperala w lodowce.
-Mel, nie mozna. -powiedzialam. Ona wskoczyla mi na rece.
-Ja chce jesc! -wykrzyknela. Posadzilam ja na krzesle i wsypalam jej platki. Jadla je strasznie powoli, ale jadla. Nagle do drzwi zadzwonil dzwonek. Stal w nich Leon.
-Mozemy pogadac? Na zewnatrz? -zapytal. Przytaknelam glowa i zamknelam drzwi za soba.
-Tak? -zapytalam
-Dlaczego ten twoj pacan przerwal nasza rozmowe? -zapytal z gniewem
-Bo nam przeszkadzales. -rzucilam
-W czym? A moze jeszcze w seksie? -krzyknal
-Zamknij sie. -prychnelam
-Aha, czyli tak? To ja rzucam dla Ciebie kariere, specjalnie rezygnuje z marzen, harowalem jak glupi abyscie cudownie zyli, a ty se z tym gejem sie bzykasz?! -krzyczal
-To nie gej! To moj chlopak! -wykrzyknelam
-A ty jestes moja zona! -powiedzial
-Ah, przepraszam. Niedlugo dostaniesz pozew o rozwod. -powiedzialam i pobieglam do domu. A co go obchodzi co ja robie i kiedy? No wlasnie. Zzapomnialam, ze jeszcze nie mielismy rozwodu.
~ Ale niedlugo bedzie. ~ pomyslalam i razem z Mel pojechalam do adwokata.



*Leon*
Jestem mega wkur*iony! Ide przez park z gitara w reku. Po chwili zauwazylem jak palant Violetty siedzi na lawce z jakas blondi. To nie Lu, moze jakas? Nie wiem, wazne, ze to zobaczylem! Zaczalem szukac telefonu aby zrobic im zdjecie. Mam! Teraz aparat ... Jest! Jeste fotografe. O-o-o, Jest! Buzi, buzi. Zaraz polece do Violetty i zobaczy co to za debil. Nagle Joe podbiegl do mnie. Ta jego blondi poszla.
-Leon, prosze cie, pomysl zanim cos zrobisz. -zaczal. -Ja, kocham Violette ... -konczyl, ale ja mu przerwalem.
-To czemu ja zdradzasz? -zapytalem idiotycznie
-Bo Violetta jest dobra w lozku ...
-A tamta blondi jest z milosci, a Violetta do lozka? -zapytalem rozgniewany
-Wlasnie. -podrapal sie po glowie. -Prosze, nie powiedz jej. Zrobie wszystko. -powiedzial
-Wszystko powiadasz? -zapytalem
-Tak, wszystko. -odpowiedzial zestrachany. Niech sie boi, boi.
-Powiesz dla Violetty, ze ja Leon, jestem cudowny, ze kocham Violette itp (czyt. itepe) i masz z nia zerwac. -powiedzialem bohatersko
-Tego nie zrobie. -odpowiedzial
-Ups, no sorry. -odpowiedzialem i chcialem wyslac sms'a ale ten dupek mnie zatrzymal. -Co?! -wykrzyknalem
-Blagam, badz dobry. -odpowiedzial. Wcisnalem przycisk ' Send ' (tlum.wyslij). Ten zaczal klnac i odszedl. Los jednak mnie kocha. Violetta szybko przejzy na ocyz, co to za palant z tego palanta. Nie, coos. Tak tez pasuje. O mam wiadomosc. Od Violetty.
' Dziekuje ci za wiadomosc, Leon. ' -i co, tylko tyle?! A gdzie Kocham cie czy cos w tym stylu?



*Violetta*
Nie wierze! Joe mnie zdradza! A ja go tak kochalam, ja mu tak ufalam! Nie wierze. Z Leonem biore rozwod i wyjezdzam z tego kraju, na dobre! Nie mam zamiaru, aby ktos mnie jeszcze ranil czy zdradzal. Nie, nie pozwole sobie na to! Po chwili rozmyslania weszlam do pokoju, w ktorym bym adwokat. Po 1 godzinie dogadalismy sie i rozwod powinien odbyc sie za 3 dni. Ciesze sie, ze jak najszybciej bede mogla spokojnie i normalnie zyc.

sobota, 29 marca 2014

~ Rozdział 30 serii 2 ~ | Autorka - Nikoletta W.

Nie spałam za dobrze, chociaż musiałam przyznać, że w ramionach Federico było mi niezwykle wygodnie. Zaraz… Co ?!
- Lu, nie wierć się tak, bo zaraz się obudzę.
Westchnęłam. Z kim ja żyję… Znaczy, z kim chcę żyć… Znaczy, kurczę!
- Federico, leniu! – krzyknęłam mu do ucha. – Wstawaj, musimy jechać nim się ściemni.
Popatrzyłam za okno, na zegarze nie było nawet drugiej, a i tak świat otulał ponury tuman ciemności. Wzdrygnęłam się. Nienawidziłam jeździć samochodem w taką pogodę. Jednak nie miałam innego wyjścia. Teraz liczyło się to, by Włoch odzyskał pamięć.
- Jeszcze pięć minut…. – jęknął i schował głowę w poduszce.
I co ja mam z nim zrobić? Wstałam i przeczesałam palcami skołtunione włosy. Wtedy wpadł mi do głowy pewien pomysł…
Na paluszkach podeszłam do łóżka i przysiadłam na nim, a następnie zaczęłam jeździć palcem, po jego szyi. Bardzo delikatnie, tak by go jedynie połaskotać.
- Przestań… - szepnął, ale ja nie dawałam za wygraną. – Uspokoisz się? – spytał, ale na nic mu się to zdało. – Ludmiła, na litość boską!
Zaśmiałam się widząc, że doprowadzam go tym do szału. Warto zapamiętać: Federico nie cierpi, jak się go smyra po szyi.
Podniósł głowę, zmierzył mnie wymownym spojrzeniem i chwiejnym krokiem poszedł do łazienki. Położyłam dłonie na nieco zbyt wydatnym jak na mnie brzuchu, który nagle zaczął mnie boleć. Po raz kolejny. Ostatnio zbyt często to się zdarzało. Oparłam się o ramę łóżka i przymrużyłam powieki, choć i tak pod nimi pojawiły się ciemne mroczki. Zaczęło mi brakować tchu. Zachłannie łapałam powietrze ustami i wypuszczałam je nosem, by uspokoić nieco skołatane serce. Cała sytuacja może trwała jeszcze kilka sekund, nim wszystko wróciło do normy.
- Mi kazałaś wstać, a sama się wylegujesz. – zauważył Federico wychodząc z łazienki bez koszulki.
Otworzyłam szerzej oczy, by lepiej przyjrzeć się jego mięśniom. Chłopak musiał zauważyć moją reakcję, bo tylko zaśmiał się pod nosem.
- Wiesz jaka jest jedyna rzecz, która podoba mi się w tej amnezji? To, że nie pamiętam, żebym je miał. – wskazał na swoją klatkę piersiową i ramiona.
Przewróciłam oczami i wstałam, by w spokoju wejść do łazienki i opryskać twarz zimną wodą. W drzwiach minęłam się z Włochem. Nasze rozgrzane ciała na moment się ze sobą zetknęły, by jeszcze bardziej się rozżarzyć. Ale co ja mogłam poradzić na to, że właśnie tak na niego reagowałam?


****Federico*****

Po kilu minutach byliśmy już znowu w samochodzie. Droga ciągnęła się po linię horyzontu i jeszcze dalej. Za oknem widać było puste pola. Brakowało jeszcze tylko kaktusów, bym poczuł się jak w jednym z tandetnych Western’ów, których nigdy nie lubiłem. No tak, Fede cioto! Na dzikim zachodzie nie było takich fur, jak tak, którą teraz śmigasz!
-Fede… - usłyszałem swoje imię i odwróciłem głowę w kierunku ślicznej towarzyszki, która patrzyła na mnie ze strachem w oczach. – Masz jeszcze te tabletki lokomocyjne?
Westchnąłem i wyciągnąłem z kieszeni rurek małe, białe opakowanie, a następnie podałem je dziewczynie. Od razu wzięła do ust jedną z nich i popiła ją sporym łykiem wody niegazowanej. Wyglądała, jakby zaraz miała iść na ścięcie. Blada, z podkrążonymi oczami i lekkimi wypiekami na policzkach.
- A może Ty po prostu jesteś chora? – spytałem i wrzuciłem piąty bieg.
- Na pewno nie. - Jej wzrok powędrował na telefon, który miażdżyła w dłoniach.
- No to może jesteś w ciąży? – zażartowałem sobie, ale jej nie było do śmiechu.
Odwróciła głowę w przeciwnym kierunku i założyła na uszy słuchawki. Westchnąłem i dałem się prowadzić drodze. Kolejno na znakach informacyjnych były mapy, którymi się kierowałem bez pomocy Ludmiły. Może to i lepiej, że zamilkła? Dzięki temu będę miał czas, by nieco skupić się na swoich problemach, których ostatnio miałem aż nadmiar. Pierwszym z nich była sytuacja między mną, Ludmiłą a Tomasem, drugim sytuacja między mną, Ludmiłą a Francescą i trzecim to, że absolutnie i zupełnie nie mam pojęcia co zrobić ze swoim życiem. Nigdy nie należałem do ludzi, którzy planują przyszłość z wyprzedzeniem, ale też nie byłem osobą, która nie miała zielonego pojęcia co, kiedy i gdzie. Rzeczywistość, która mnie otaczała była jakby nienamacalna. Niby dotyczyła mnie, a czułem się, jakbym patrzył na nią z boku. Jakbym w niej nie uczestniczył, lecz jakbym był jedynie obserwatorem. To było dziwne uczucie. Nie miałem wpływu na nic. Nawet na sympatię, którą niewątpliwie zaczynałem darzyć blondynkę. Cały świat, jakby stanął na głowie. Wszystko, co znałem uległo zmianie. A może to nie świat był inny, tylko ja? Przecież jakby nie patrzeć, byłem teraz o sześć lat starszy.
Spojrzałem w lusterko i zobaczyłem, że właśnie przez nie, Ludmiła mi się bacznie przygląda Posłałem jej uśmiech, na znak zgody, lecz ona odwróciła wzrok. Machinalnie położyłem dłoń na jej kolanie. Ku mojemu zdziwieniu nie strąciła jej. Po paru chwilach położyła swoją na mojej. Musiało to wyglądać niecodziennie, jednak nie czułem się z tym źle. Wręcz przeciwnie, było mi z tym cholernie dobrze. Uśmiechnęła się i jej spojrzenie spoczęło na naszych splecionych dłoniach. Czy to możliwe, że dla niej ten gest znaczył tyle samo co dla mnie? Jeszcze kilka dni temu, ba! Jeszcze wczoraj bym nie potrafił przyznać, że zaczynałem co raz bardziej lubić tę dziewczynę. A teraz? Teraz z każdą sekundą stawała się mi bliższa. Dzięki niej ani przez chwilę nie myślałem o Fran, jak o miłości mojego życia. Byłem zbyt zajęty rozszyfrowywaniem uczucia, które niewątpliwie się pojawiło między mną, a blondynką. Nawet nie zauważyłem kiedy, dojechaliśmy na miejsce i wyciągaliśmy bagaże.
Domek jej rodziców był dokładnie taki, jak się domyślałem. Duży, ładnie wykończony i nowoczesny, idealny według gustu państwa Ferro.
- Może pomóc Ci z tą walizką? – spytałem jak dżentelmen, gdy zobaczyłem, że Ludmiła taszczy za sobą ogromną torbę na kółkach.
Pokręciła przecząco głową na znak protestu, jednak mimo to, zabrałem ją jej i zaniosłem do przedpokoju. Chciałem wrócić na zewnątrz, jednak dziewczyna zablokowała mi dostęp do wyjścia.
- Coś nie tak? – mruknąłem i chciałem ją przesunąć, lecz ona ostro zaprotestowała.
- Przytul mnie. – Zażądała.
Przez moment miałem ochotę wybuchnąć śmiechem, jednak w porę się zorientowałem, że mogła by się za to obrazić, czy coś. Objąłem ją ramieniem, czując bicie jej serca. Dziewczyna oplotła mnie ramionami w pasie i przywarła do mnie z całej siły, która mieściła się w jej drobnym ciałku. Nie powiem, pasowało mi to, jak nie wiem. Zmrużyłem oczy i oparłem głowę o jej czoło, jednocześnie wdychając zapach jej drogiego szamponu do włosów. Jęknąłem. Czułem się tak, jak zdecydowanie nie powinienem się czuć. Ale nie mogłem nic na to poradzić. Dopiero co, pogodziłem się z myślą, ze mogę ją lubić a teraz co? Mój testosteron zaczyna wariować.
Ludmiła odsunęła się ode mnie kawałek i pociągnęła mnie za rękę w stronę wyjścia.
- Dokąd mnie ciągniesz?
Nie odpowiedziała mi, po prostu szła dalej, ciągnąc mnie za sobą.
- Ludmiła! – krzyknąłem, gdy oddaliliśmy się już spory kawałek od domu.
- Pamiętasz coś? - spytała z nadzieją w głosie.
Rozejrzałem się po miejscu, w którym się znajdowaliśmy. To była łąka pełna kwiatów, taka jak wszędzie indziej o tej porze roku. W oddali widoczne były drzewa, a kawałek dalej od nich strumyk. To miejsce nie przypominało mi niczego, co powinienem pamiętać. Zupełna pustka. Wzruszyłem ramionami, obawiając się, że wyznaniem prawdy zmartwię Ludmiłę.
- Fede? – spytała ponownie.
Pokręciłem przecząco głową.
- To w tym miejscu Fran mnie rzuciła? – spytałem bez emocji.
Ludmiła stanęła na wprost mnie, spoglądając mi głęboko w oczy.
- Tak. – odpowiedziała.
Przyjrzałem się rysom jej twarz, temu, z jaką częstotliwością jej powieki mrugają. Wydawała się być smutna, po prostu smutna. A przecież to ja powinienem być zmartwiony, nie ona.
- Co jest Lu?
Spuściła wzrok na czubki butów, by ukryć łzy, które z nikąd pojawiły się w jej głęboki oczach.
- Nie pamiętasz… Nic nie pamiętasz. Ani Fran, ani Violi, Leona… Ani mnie… Straciłeś swoją przeszłość. Swoje wspomnienia. A wszystko, to moja wina.
Pokręciłem głową. Bardzo chciałem jej jakoś pomóc. Sprawić, by chociaż na chwilę się uśmiechnęła, przestała winić się za coś, na co tak naprawdę nie miała wpływu. Delikatnie się pochyliłem, tak, że nasze twarze się niemal stykały.
- To co było nie jest ważne. Znaczy… Nie jest tak ważne, jak to, co dzieje się teraz.
Spojrzała mi w oczy.
- A co się teraz dzieje?
Uśmiechnąłem się i złączyłem nasze usta w pocałunku. Nie myślałem o tym co robię. Działałem pod wpływem chwili. Zaryzykowałem odepchnięcie i znienawidzenie. Postawiłem wszystko na jedną kartę. A kiedy odpowiedziała na pocałunek, wszystko stało się dla mnie jasne. Życie jest wielkim pasmem niespodzianek. Czymś nieobliczalnym i najpiękniejszym, co dostaliśmy od losu.

poniedziałek, 24 marca 2014

~ Rozdział 29 serii 2 ~ | Autorka - Patrycja Dominguez ;3

Diego. 
Siedziałem wpatrując się w białe ściany, nie wyrażające nic. Zwykłe białe ściany. Wszędzie tylko kolor biały. Biała pościel, biała szafka obok łóżka, biały sufit. Dobrze że podłoga nie jest biała, nie wytrzymałbym tej bieli. Za oknem widziałem bezchmurne niebo i jakieś gałęzie, na których były zielone liście. To uczucie bezsilności dołowało mnie jeszcze bardziej. Federico stracił pamięć, a ja nie mogę nic zrobić tylko tkwić w ty białym pokoju. Do tego straciłem szanse na naukę w szkole o której marzyłem.
- Żyć, nie umierać. - powiedziałem sam do siebie, z sarkazmem. To jedyne mi pozostało. Gadanie samemu do siebie. Violetta nie pojawiła się dzisiaj, ma własne życie. Alicja obiecała jakoś załatwić mi szanse na późniejsze zdawanie egzaminu do tej szkoły, chociaż tak naprawdę nie wyobrażam sobie tego ze złamaną nogą. Trzeba zacząć szukać pracy, los mi nie sprzyja. Chociaż Alicja wspominała mi jeszcze tak niedawno o tym że jej ojciec może załatwić mi szkołę taneczną. Tak, we Włoszech. No właśnie. Daleko od przyjaciół, od rodziny. Chociaż rodzina to chyba byłaby bliżej, gdybym był we Włoszech. Tak czy inaczej, muszę przemyśleć te propozycje, która wydaje mi się nawet kusząca. Gdyby nie była to szkoła tak daleko od mojej Alicji... Nie wiem, może to jest jakaś kolejna dziewczyna której ojciec mnie nie lubi. Zaraz. Ojciec żadnej dziewczyny mnie nie lubi. Chyba już się do tego przyzwyczaiłem, bo ojciec Violetty zaczął znosić to że tak kręcę się obok jego córki, gdy przygarnąłem ją do siebie do domu. Fajnie że jestem doceniany dopiero wtedy gdy naprawdę zrobię coś dla ich córki. Gdy tak siedziałem, nagle do sali weszła Lara. Przez moment, zanim się odezwałem, zastanawiałem się co ona tutaj robi. Wie przecież że jej nienawidzę, że nie chce jej znać odkąd mnie zdradziła. I to jeszcze z chłopakiem mojej przyjaciółki.
- Co ty tutaj robisz? - postanowiłem w końcu zapytać, bo stwierdziłem że nigdy się nie domyślę. W końcu dla mnie nielogiczne jest to że przyłazi tutaj po tym co zrobiła.
- Przyszłam cie odwiedzić. Jak widzę, jako jedyna. - powiedziała, z tym swoim uśmieszkiem. Najchętniej bym wyszedł, jednak to chyba ona powinna wyjść.
- Dobrze jest tak czasem posiedzieć w samotności. - stwierdziłem - Jeśli masz do mnie coś ważnego, powiedź. Jeśli nie, wyjdź.
- Coś ty się taki wredny zrobił, co? - zapytała, ignorując to że prosiłem by wyszła. Widziałem że nie ma nic ważnego do powiedzenia, ale i tak została. Zaraz wyjdę. Nie wiem jak, ale wyjdę.
- Zawsze byłem wredny, nie wiedziałaś? Tam są drzwi, nie życzę sobie twojej obecności. Żegnam.
Nie wiem czy postanowiła sobie że będzie mnie dręczyć, jednak została. Wyganiałem ją jeszcze z 10 razy. W końcu jednak z powodu samotności postanowiłem normalnie z nią porozmawiać, chociaż raz. Może ta jedna rozmowa sprawi że nie będę się na nią aż tak denerwował gdy tylko ją zobaczę? Może nienawiść przeminie? Chociaż nie wydaje mi się, nie wybaczam tak samo jak Violetta. Przynajmniej nie tak szybko. Naiwny nie jestem.
- Właśnie się tak zastanawiam, gdzie ci wcięło dziewczyny. - odezwała się nagle Lara - Wydawało mi się że obie by cie nie zostawiły w takiej sytuacji.
- Są zajęte, nie będą przy mnie siedzieć całe dnie.
- Wmawiaj sobie...
- Wiesz co? Po prostu wyjdź i nie przyłaź więcej, bo tylko mnie denerwujesz.
- Nie wyjdę.
- Bla, bla. Nie chce cie tutaj widzieć. Nienawidzę cię, zrozumiesz to wreszcie?
Kiedy to powiedziałem, ona spojrzała na mnie ze łzami w oczach. Pięknie, tylko niech teraz nie płaczę z mojej winy.Pięknie, każdego potrafię doprowadzić do płaczu... Lara wybiegła z sali. Po chwili weszła Alicja.
- Co jej się stało? - zapytała

środa, 19 marca 2014

~ Rozdział 28 serii 2~ | Autorka - Katie V.

Naty nie dzwoni, nie przysyła SMS-ów'ów ,nie daje znaku życia. Może coś mu się stało? - szepnąłem leżąc na łóżku i próbując dodzwonić się do mojej dziewczyny ,zastanawiałam co się z nią dzieje w sumie to dobrze ,że się nie odzywa, bo zawsze zalewa mnie tymi swoimi smskami, ale jakoś nie daje mi to spokoju. Co chwila zerkałem na telefon czy przyszła jakakolwiek wiadomość, ale nic a nic nie dawało żadnego znaku że jakąś dostanę. Nagle uświadomiłem sobie że może poszła na to spotkanie...tak na pewno tam poszła. Ale dlaczego mi nic o tym nie powiedziała...To bardzo podejrzane... czyżby mnie unikała...nie mam pojęcia. Chyba pójdę do jej domu. Ubrałem adidasy i czapkę po czym wybiegłem z domu. Po chwili znalazłem się obok jej domu. Nacisnąłem dzwonek i poczekałem aż ktoś otworzy mi drzwi. Usłyszałem dźwięk przekręcania kluczyka, a po chwili ujrzałem Natalię wyłaniającą się zza drewnianych drzwi. Była cała zapłakana, przez co rzuciła mi się w ramiona. Weszliśmy do środka. Jej rodzice kazali mi usiąść na kanapie i słuchać.




- Drogi Chłopcze- zaczął jej ojciec... co ja chłopcem jestem... nie! Przecież już jestem dorosłym mężczyzną...nadal nie wiem dlaczego wszyscy traktują mnie jak dziecko.- Mamy do ciebie ogromną prośbę. Ja, moja żona oraz Lena wyjeżdżamy.

- Tak, ale co ja mam do tego?

-Chcielibyśmy żebyś zaopiekował się Natalią gdy nas nie będzie. Czyli zostawiamy dom na waszej głowie.- zamurowało mnie. Ja? Mam mieszkać z Natalią? Nigdy nie widziałem jeszcze takiego rodzica, który tak by się zachowywał. Przecież żaden, który ma rozum nie zostawi swojej córki z chłopakiem... przynajmniej ja bym tak nie zrobił. Ale postanowiłem się zgodzić.







|  godzinę później   |







Natalia



Jestem strasznie zestresowana. Dzisiaj mogę stać się kimś więcej niż "Natalią". Zza drzwi wyłonił się czarnowłosy chłopak mniej więcej w moim wieku. Podszedł do mnie. Wziął moja dłoń i ucałował ją. Czułam się jak jakaś księżniczka. Maxi stał obok mnie i przyglądał się tamu dziwnemu zdarzeniu.

- Dzień Dobry! Jestem William Dimer, syn producenta i jestem twoim marzeniem...yyy...Menadżerem. Muszę powiedzieć że ślicznie wyglądasz... Znaczy nadajesz się na gwiazdę- powiedział a ja zaczerwieniłam się a na twarzy pojawiły mi się rumieńce. A mój chłopak wybuchł śmiechem.

- Hej! To mnie chyba znasz...ale chciałabym przedstawić ci mojego chłopaka Maxiego.-wskazałam na niego. On wstał z krzesła i z zazdrosną miną uścisnął rękę chłopaka.

- Widzę że jesteś bardzo silny...bo zgniatasz moją rękę- Maxi z sztucznym uśmieszkiem bez żadnego słowa puścił jego rękę. Po kilku minutach podszedł do nas pan Dimer.

- O! Nasza nowa gwiazda! Właśnie przygotowaliśmy wolną salę żebyś mogła poćwiczyć przed występem.- Jakim występem? Przecież nic nie mówili o występie.- A no tak... przecież ty nie wiesz że zanim zaczniesz z nami współpracować dasz koncert w naszym teatrze, po to by zobaczyć co sądzą o tobie ludzie. A więc zgadzasz się?- Wyciągnął do mnie swoją prawą dłoń. Po chwili zastanowienia uścisnęłam ją i odparłam- Wchodzę w to!- Puścił moją dłoń po czym udaliśmy się do studia nagraniowego. Weszłam do środka po czym za mną zatrzasnęły się drzwi. Kazali mi ubrać słuchawki i wybrać piosenkę którą chciałabym zaśpiewać.

Nie podobała mi się żadna z nich... taka na przykład " Black or White" Michael'a Jacksona... nie mogłam w niej trafić w dobry moment żeby zaśpiewać [...]Black or White[...]

Wreszcie Maxi wyjął z mojej torebki płytę z piosenką "Ahi Estare" a ja bez wahania zaczęłam improwizować śpiewając po angielsku:




My heart is looking for something else

Like a star above the ocean bright

And if you could show to me just what I need to do

To get to you then I'll give it a try




And every morning I hear your voice

And I see your face so high in the sky

And I feel life's in love with our true love and passion

It's a love that we cannot deny




So then just tell me where you are today

I'll come to get you so that we can stay

We won't be apart or separate again

Like a kiss that doesn't ever end




I need to know just where you are today

Because I need for you to let me stay

That I'll see your face and you'll see me right below that star

We both see in each other's eyes

Now I know where you are







Maxi




Natalia skończyła śpiewać a producenci zachwyceni jej nieziemskim głosem, zaczęli energicznie klaskać w dłonie, oczywiście ja razem z nimi. Przecież kocham głos mojej dziewczyny, jakbym nie mógł jej nie pogratulować występu. Po chwili okazało się że w sali był włączony mikrofon co było dla nas dobrym znakiem, ponieważ Natalia improwizowała i łatwiej będzie odczytać słowa piosenki:

- Byłaś cudowna-powiedziałem gdy po 2 godzinach wyszliśmy z budynku. Ona uśmiechnęła się, wzięła mnie za rękę i odpowiedziała.

-Wiem, ale gdy słyszę to z twoich ust myślę że to dzięki tobie!- zaczęła się śmiać. Moja kochana poetka. Szliśmy przez ulicę, potem przez park, aby dotrzeć do naszego samochodu, który znajdował się na drugim końcu ulicy. Po drodze spotkaliśmy małą dziewczynkę siedzącą na ławce. Była smutna. Ani ja ani moja dziewczyna nie wiedzieliśmy co zrobić. Podeszliśmy do niej i usiedliśmy po obu jej stronach.

- Hej! Dlaczego jesteś taka smutna, przecież jest taki piękny dzień.- spytała Natalia małej, a ja przyglądałem się jej. Nadawała by się na mamę. Jest taka troskliwa, dobra i opiekuńcza. Blondynka popatrzyła swoimi niebieskimi oczkami na moją dziewczynę i powstrzymując łzy powiedziała- Ja...Ja...zgubiłam rodziców...- znowu zaczęła płakać, tym razem już nie zważała na to że my chcemy się z nią porozumieć, po prostu płakała.

- Znajdziemy twoją mamę. Nie płacz... - powiedziała Natalia. Wziąłem małą na ręce i zaczęliśmy szukać jej rodziców. Po godzinie takiego bezskutecznego poszukiwania nie znaleźliśmy ich. Usiedliśmy na ławce i czekaliśmy aż ktoś do nas podejdzie. Nagle zauważyliśmy kobietę biegnącą w naszą stronę. Od razu podbiegła do dziewczynki a ta objęła ją swoimi malutkimi ramionami. Jak to dobrze widzieć szczęście innych. Spojrzałem na moją dziewczynę. Ona jest taka piękna, szkoda że od zawsze ukrywała to co kryje w środku siebie.  Kobieta podziękowała nam i spytała czy może się jakoś odwdzięczyć.

- Nie nie potrzeba nam nic... po prostu chcieliśmy pomóc- Naty uśmiechnęła się i pomachała blondynce na pożegnanie. Potem udaliśmy się do domu naszym samochodem. Gdy byliśmy już w środku zobaczyliśmy kompletna pustkę. Tylko meble zostały nie zmienione. Reszta zniknęła...

Podszedłem do stołu, na którym leżały dwie koperty. Na pierwszej było napisane "Maxi" na drugiej " Natalia". Ja oczywiście wziąłem tą pierwszą, bo jak miałem wsiąść tą, niezaadresowaną do mnie. Gdy ją otworzyłem zamurowało mnie...




" Drogi Maxi!

Widzę że Natalia jest z tobą szczęśliwa, więc zostawiam ją tobie.

My... nie wiem czy wrócimy kiedyś do BA. A więc życzymy wam dobrego życia. Chcemy abyście wzięli jak najszybciej  ślub i założyli rodzinę. Myślimy że to będzie dla was najlepsze rozwiązanie. Proszę nie zawiedź nas. Pierścionek zaręczynowy jest obok wazonu w kuchni. Szybko się tam udaj. dziękujemy za wszystko"




Jak to? Mam się jej oświadczyć? Teraz? Co?







| 2 godziny później |




Natalia




Maxi był jakiś dziwny... od kiedy dostał tą kopertę nie odzywa się do mnie. Kazał mi się ładnie ubrać i zejść na dół jak po mnie przyjdzie. Ciekawe co on tam szykuje...

Na mojej kopercie było napisane "Otwórz za 2 miesiące". Zrezygnowałam z otworzenia jej otworzenia i wrzuciłam ją do szafki. Nagle do mojego pokoju wpadł Maxi i zaprosił mnie na romantyczną kolację. Gdy zeszłam na dół zamurowało mnie. Na stole leżało przygotowane jedzenie i butelka wina. W tle grała nastrojowa muzyka a do tego obok jedzenia stały dwie świece i bukiet kwiatów. Maxi odsunął moje krzesło po czym zaprosił mnie do kolacji.

- To co na deser?- spytałam, gdy skończyliśmy jeść sałatkę.

-To...- podszedł do mnie ukląkł przede mną popatrzył prosto w oczy. Wyjął z kieszeni małe pudełeczko. Nie mogłam uwierzyć... Czy on mi się właśnie oświadcza!

- Naty... ja cię kocham tak że mógłbym za tobą w ogień skoczyć... czy zostaniesz moją żoną?- Nie mogłam uwierzyć. On mi się oświadczył! Co mam powiedzieć... Nie... nie wtedy już nie będziemy razem, a ja go kocham... Tak kocham go i to się liczy. Tak! Tak! Nagle zorientowałam się że nic jeszcze nie powiedziałam a Maxi powoli traci nadzieje.

- Tak!- krzyknęłam a on włożył mi pierścionek na rękę. Oboje byliśmy szczęśliwi...




| kilka godzin później |




Była już ciemna noc a my oglądaliśmy jeszcze Horror. Co chwila przytulałam się do mojego chłopaka. Nie lubię horrorów, ale lubię się do niego tulić. Nagle nasze usta niespodziewanie się złączyły. Z każdą chwilą pocałunki przechodziły w bardziej namiętne. Nie minęło 5 minut a on zaczął powoli wkładać ręce pod moją bluzkę, nie sprzeciwiłam się temu. Chciałam tego, przecież to mój narzeczony... Od razu zdjęłam jego koszulkę. Po chwili byliśmy już nadzy a nasza bielizna leżała na drugim końcu salonu. Całowaliśmy się po całym ciele. Z każdym jego ruchem czułam jakbyśmy byli jednym ciałem. Położyłam się na nim i czekałam na jego ruch. Nie minęła chwila i zadowoliliśmy nas oboje. Położyliśmy się obok siebie i wtuleni zasnęliśmy, zmęczeni tym wydarzeniem.